Szukając odpowiedzi na powstanie Milo Greene, trzeba się zagłębić w stan umysłów trójki kumpli, którzy postanowili oddać cześć wymyślonej postaci, która pomogła im przejść przez trudne czasy studenckie. Każdy powód na założenie kapeli jest dobry, ale ten dziwny pomysł ma tak naprawdę niewiele wspólnego z jakimkolwiek hołdem. Przynajmniej nie w warstwie tekstowej, która oscyluje między szerzej pojętymi uczuciami miłości (niekoniecznie tej nastoletniej) a pewnym rodzajem sennych marzeń. Tak też przedstawiają się dźwięki debiutu całej piątki (czyli ostatecznego składu grupy), któremu bliżej do oniryzmu niż pompatycznych przedstawień i wielkich historii.

Ciekawie, że władając niemożliwą ilością możliwości, główna dwójka wokalistów opiera się na wpasowujących się w tempo melodii słowach, najczęściej pojedynczych zwrotach, które można bez problemu powtarzać. Uniwersalność kilku prostych powtórzeń przeplata się zarówno w wersach jak i – co bardziej zrozumiałe – refrenach (Perfectly Aligned, 1957), ale jednocześnie nie osiąga poziomu znudzenia. Powoduje to między innymi ekspresyjny wokal, który – jak w przypadku Of Monsters and Men – charakteryzuje żeńsko-męska dwójka. Sheetz oraz Arnett zachowują się jednak inaczej. Nie sprawiają wrażenia przewidywalnych, a bawiąc się wielogłosowością – nie uciekają do przebojowości, nie próbują też celować w żaden czuły punkt, który ma nas urzec niczym brytyjscy Romy-Oliver. Raczej prowadzą wszystko spokojnie do końca, integrując się z indie-folkowymi zapędami kapeli. Kontemplują smyczki Silent Way, uspokajający rytm tamburynu czy chóry, które napędzają najbardziej przebojowe Don’t You Give Up on Me, 1957 oraz zahaczające o Death Cab for Cutie Cutty Love.

Zaskakuje również przyłożenie się do przejściowych tracków, które naprawdę brzmią ciekawie i są świetnymi szkicami, które można dopracować i stworzyć z nich coś poważniejszego. Najlepszym przykładem jest – prowadzące do ostatniego utworu – Polaroid, oparte na brzmieniu gitary The xx, choć podane w szybszym tempie. Ten z kolei prowadzi do akustycznego Autumn Tree, w którym tkwi gdzieś echo Fleet Foxes.

Mimo wszystkich tych porównań, można pokusić się o jedno słowo – wtórność – ale podobne zarzuty, jakie można wystosować w kierunku innych przytoczonych wcześniej debiutantów, nie mają tu racji bytu. Milo Greene jest bardziej skondensowane, a przy tym różnorodne i bardziej zapadające w pamięci. To jednak dopiero dojrzewanie, zespół musi pokazać, że zrobił krok w dorosłość.

Nie ma więcej wpisów