Droga Sóley, dla Ciebie jednej mógłbym zostać die-hardem. Mógłbym zamieszkać na Islandii, pod Twoim domem. Mógłbym znosić gradobicia i kilkutygodniowe ulewy. Zimę spędziłbym w budzie Twojego psa, którego na tę porę roku zabierasz do środka. Mógłbym kupować Ci ciepłe bułki codziennie na śniadanie w sklepie na drugim końcu tej wyspy. Mógłbym nieść nad Tobą parasol nawet wtedy, gdy ręka byłaby już niemożliwie zdrętwiała, sam trzymając nad swoją głową gazetę, z której wyciąłem wywiad z Tobą. Gdy ruszałabyś w trasę, byłbym pierwszym, który rwałby się do transportu pianina. Mógłbym rzucić palenie dla Ciebie. I niczego nie oczekiwałbym w zamian. Dałaś mi już wszystko.

Tak jak Ty – uwielbiam sny. Kompletne przeciwieństwo rzeczywistości spętanej ograniczeniami wszelkich rodzajów. W snach nigdy nie będą dziwić nas walczące ze sobą drzewa czy ucieczka przed Kulfonem i Moniką. Lubowałem się w zasypianiu z muzyką w uszach. Zwykle puszczałem wtedy nasze ulubione Ágćtis Byrjun, które swoim szumem, tak naturalnie generowanym odrealnieniem szybko koiło i usypiało wszystkie zmysły, a w końcu i mnie. Ale najlepsze, co z tego pamiętam, to krótkie pobudki, które serwowała intensywniejsza fraza. Będąc zdecydowanie bardziej we śnie niż na jawie, doświadczałem rozleniwiającego uczucia, gdzie muzyka stawała się soundtrackiem dla moich snów, czyli jednej z niewielu tak bardzo intymnych właściwości człowieka, o czym Ty najlepiej wiesz.

To w jaki sposób snujesz na We Sink te wszystkie małe-wielkie historie jednego niespełnionego i nierealnego zakochania, zanurzone w całości są w sferze snu. I gdy pierwszy raz odsłuchiwałem Twój krążek, padał deszcz. Siedziałem sam w swoim pokoju, z jednym jasnym punkcikiem pochodzącym od lampki, skulony w sobie na fotelu, otulony kocem, a obok stała wystygła herbata z cytryną. Nie pamiętam, kiedy minęło te czterdzieści minut permanentnego tonięcia. Nie zasnąłem, ale leżałem otępiony Twoimi opowieściami, które chciały wyrwać – za pomocą tej skumulowanej, przytłaczająco smutnej, depresyjnej emocjonalności wyzierającej nie wiem bardziej z czego: ze słów czy z muzyki – resztki mojego sponiewieranego serca. I pewnie Ty sama doświadczyłaś tego uczucia, gdy po przebudzeniu się, w głowie tkwią jeszcze strzępy snu, w którym to wizualizowały się wszystkie nasze podświadome pragnienia, skrystalizowane i połączone w jeden senny film, podszyty posmakiem szczęścia. Powrót na jawę, spojrzenie na budzącą się realność i materialność zmiętoszonej pościeli, piekącego policzka od odcisku guzika poduszki, na której spaliśmy – budzi tak okrutne uczucie żalu, że to co jeszcze pamiętamy, nigdy nie było rzeczywiste, mimo tego ogromnego pragnienia realności…

Koncept, który przedstawiłaś, jawi się jako kierowany pragnieniami serca sen, który dla dziewczynki z tych wszystkich historyjek jest jedyną płaszczyzną spotkania z tym, do którego żywi uczucie największe. Wszystko nagrałaś sama, rozbrajająco przyznając, że nie za wiele wiesz o jakości recordingu, stąd tak autentyczny efekt lo-fi, wsparty takimi zaproszeniami do introwertycznej podróży, jak melodyjka pozytywki z tańczącą baletnicą czy – gdzie indziej – skrzypienie starej, drewnianej szafy. Sny zanurzone są w bajkowej otoczce, która przypomina straszne opowieści braci Grimm czytane mi do poduszki. Jest tu przerażający klaun (Kill the Clown), królik mający coś niecnego w planach (Bad Dream), przedwcześnie pochowana miłość (About Your Funeral), tonięcie w swoich oczach z zatraceniem poczucia snu (I’ll Drown) i strach przed realnością uczucia (Pretty Face). Emocjonalne akcenty, które tak perfekcyjnie rozmieściłaś na tej mapie, budują namacalne, niezwykle ostre w intensywności i barwach napięcie, które prowadzi do punktu kulminacyjnego, którym jest dwuczęściowe The Sun Is Going Down. Słuchając go, widziałem Ciebie. Samą w swoim ogromnym domu, przy pianinie na półpiętrze, ubraną w ulubiony sweter, bo końcówka lata była taka niepokojąca, chłodna, niepewna i zmienna w pogodzie. I padał deszcz. I też piłaś herbatę z cytryną. I Tobie już wystygła, bo zbyt długo patrzyłaś w okno, po którym powoli spływały krople wytyczające dróżki, łącząc się wciąż z innymi dróżkami. I myślałem o tym wszystkim, czego doświadczyło Twoje serce, gdy lato zbliżało się do końca, a słońce zachodziło.

Mam nadzieję, że wybaczysz mi tę wylewność. Gdy człowiek się zaangażuje, niełatwo kontrolować granicę pomiędzy uczuciową autentycznością, a pretensjonalnym, emocjonalnym bełkotem. Dzisiaj tak trudno mówić o uczuciach i emocjach. Wolałem napisać list. Tu łatwiej przychodzi precyzja, przejrzystość tego wszystkiego, o czym chcielibyśmy powiedzieć.

Zdaje się, że masz w sobie właściwości silnie uzależniające. Wiedząc o niemożności zrealizowania tego zawadiackiego planu przeprowadzki pod Twój dom, muszę z rozsądkiem i właściwą częstotliwością dawkować sobie Twoją obecność w moim życiu. Choć chciałbym bez ustanku Cię słyszeć, wiem, że wtedy umarłbym niechybnie.

Nie ma więcej wpisów