A Place to Bury Strangers stosunkowo szybko zasłynęli ze swoich koncertów, których głównym atutem jest hałas. Reverby, delaye, przestery i podkręcone jak tylko się da wzmacniacze to elementy, które polska publiczność pokochała. Byli u nas ostatnio dwa lata temu na katowickim OFFie i w warszawskim Powiększeniu. Za każdym razem zgnietli brzmieniowo publiczność i miejsce, w którym grali. Biorąc pod uwagę gabaryty Café Kulturalnej – klub mógł tego nie wytrzymać.

Przez cały czas trwania koncertu, który rozpoczął się ledwie kilka minut po zapowiadanej godzinie (polscy muzycy mogliby się uczyć punktualności), pod sceną trwało pogo, którego poziom zaawansowania odrobinę ustępował tylko dlatego, że niektórzy jego uczestnicy odchodzili na bok tego ludzkiego kotła i neurotycznie podrygiwali we własnej, dość małej przestrzeni. Wolnego miejsca nie było praktycznie wcale, co przytomniejsi bunkrowali się pod oknami, jednak i oni czasem – chcąc czy nie chcąc – brali udział we wspomnianym obijaniu się ciał. O hałasie nawet nie wspominam, bo ten był cały czas.

Osób wskakujących na scenę, czy oddających się przyjemności crowd surfingu było niemało. Praktycznie trudno wskazać pół minuty bez ciał – męskich czy damskich – które były sobie podawane nad głowami wszystkich, przez dłonie tych, którzy jeszcze stali. Do tych najbardziej urokliwych momentów, związanych z publicznością, można zaliczyć chwile, w których jeden z obecnych przykładał swoją głowę do głośnika, najprawdopodobniej domagając się jeszcze podgłośnienia, krzycząc zbyt cicho i odbijając się od progu niskiej sceny, wskakiwał w tłum.

Sam zespół dobrał set nadzwyczaj dobrze. Co prawda, ilościowo dominował materiał z raczej niezbyt udanego Worship i poprzedzającej go EPki, ale obowiązkowe pozycje takie jak Deadbeat czy I Lived a Life to Stand a Shadow of Your Heart również zabrzmiały. Wymagającym mogło trochę brakować sprzężeń, ale i dla nich APtBS przygotowali małą niespodziankę na sam koniec. Oliver i Dion podstawili swoje mikrofony pod wzmacniacze, rozkręcili przestery i Ackermann rozpoczął swój skromny szamański rytuał, traktując swojego Fendera Jaguara niczym przedmiot obrządku. Kiedyś tak bawili się Sonic Youth.

Porównując stopień hałasu z niedawnym koncertem, który był zapowiadany jako ekstremalnie głośny – czyli z OFFowym koncertem Swans – mogę spokojnie stwierdzić, że Gira pod względem torturowania bębenków przegrywa z Oliverem Ackermannem i to znacząco, pomimo tego, że miał o wiele więcej decybeli do dyspozycji.

Poziom hałasu był tak wysoki, że słuchacz spokojnie mógł poczuć, jak dźwięk uciska jego bębenki. Odwrócić się profilem do głośników – po około trzydziestu minutach tej shoegaze’owej jazdy bez trzymanki – nawet dla tych lekko zaprawionych w głośnych koncertowych bojach mogło skutkować silnym dzwonieniem w uszach. Osobiście, występ A Place to Bury Strangers czułem jeszcze do godzin południowych dnia następnego.

Koncert w Café Kulturalnej zdecydowanie można zaliczyć do tych udanych – nowojorczycy potwierdzili swoją klasę. Może trochę spuścili z tonu pod względem kompozycyjnym – wina ostatniej płyty – ale powiedzieć, że to był nieudany gig, to trochę jak głosić herezję. Dym, który stopniowo wędrował w stronę twarzy, w uszach hałas, schowany za ścianą dźwięku wokal Olivera, do tego świetne, oszczędne wizualizacje utrzymane w duchu okładki Exploding Head, które ustępowały miejsca wizualizacjom podobnym, bardziej kolorowym. Nie było gdzie i jak uciec, bo z każdej strony coś atakowało – jeśli zasłonić uszy, to patrzyło się na miotającego się po scenie Olivera, jeśli uciec oczami na sufit – wzrok zatrzymywały wizualizacje. Na co skazane były receptory słuchu – tego chyba powtarzać już nie trzeba…

Setlista:
Worship
Onwards to the Wall
Deadbeat
Drill it Up
Ego Death
Mind Control
Burning Plastic
You Are the One
Leaving Tommorow
Dissolved
Keep Slipping Away
I Lived My Life to Stand in the Shadow of Your Heart

Nie ma więcej wpisów