Wiele zespołów miało okazję się przekonać, jak to jest nagrywać następcę płyty, przed którą pokłony bili zarówno recenzenci jak i fani. The Avalanches męczą się z nagrywaniem followera Since I Left You już ponad dekadę. My Bloody Valentine po wydaniu Loveless zamilkli na dobre. Podobno prace nad nową płytą trwają, a Kevin Shields ma już zarejestrowane potężne ilości materiału, ale czy słyszał je ktoś oprócz niego samego? W tym miejscu powinien paść mało śmieszny żart o Chinese Demacracy, ale może darujmy sobie…

Grizzly Bear wydali swój poprzedni album – Veckatimest – w 2009 roku. Wszyscy pamiętamy – pełne zachwytu recenzje, czołówki list najlepszych płyt roku, konkretny fejm na indie-dzielni. Wszystko to w pełni zasłużone – niepowtarzalne brzmienie i olbrzymi talent kompozycyjny zrobiły swoje. Na następną płytę przyszło nam czekać trzy lata. Biorąc pod uwagę pierwszy akapit tej recenzji – nie była to zbyt długa przerwa, jednak patrząc na tempo, z jaką branża muzyczna dostarcza nam kolejnych next big things, należy otwarcie powiedzieć, że nagrywanie Shields trochę chłopakom zajęło.

Po odpaleniu płyty wszystkie pretensje o długi czas oczekiwania idą precz. Otwierające całość Sleeping Ute wita nas wszystkim tym, co u Grizzly Bear kochamy najbardziej – podwójny zestaw – gitara elektryczna na dużym pogłosie połączona z subtelnym brzmieniem gitary akustycznej, nieoczywista rytmika, przestrzenność brzmienia. Następne na trackliście – Speak in Rounds stawia z kolei na rytmiczną prostotę, nie tracąc jednak napięcia zbudowanego przez utwór numer jeden. Krótki przerywnik i dostajemy najlepszy na płycie Yet Again – kawałek, w którym wszystkie składowe twórczości Grizzly Bear idealnie ze sobą współgrają, a wykonana – z wyraźnie wyczuwalną swobodą – całość zmierza wprost ku końcowej kakofonii gitar. Perfekcja w czystej postaci.

Później następuje nieprzyjemnie zaskakujący zwrot akcji. Po porywającej czołówce zaczynają się mielizny. Bywają one nieduże – piosenek takich jak Gun-Shy i A Simple Answer słucha się raczej bezproblemowo – jednak im bliżej końca płyty, tym coraz częściej pojawia się uczucie znudzenia. Kulminację osiąga ono w zamykającym płytę, siedmiominutowym Sun in Your Eyes, które bardziej niż do zagłębiania się w strukturę utworu, zmusza do niecierpliwego spoglądania na licznik czasu trwania piosenki.

Nie można ocenić nisko płyty, która zaczyna się w tak fenomenalny sposób. Gdyby z indeksów 1-4 wykroić EP-kę, mielibyśmy do czynienia z płytową czołówką roku. I chociaż pozostałe utwory dysponują wszystkimi znakami szczególnymi Grizzly Bear, pod względem kompozycyjny nie są w stanie zmusić do zachwytu. Solidny album bardzo dobrego zespołu, ale czołówki list najlepszych płyt tego roku okupować będzie tym razem ktoś inny.

Nie ma więcej wpisów