Debiut Skubasa. Ale czy w jego przypadku można mówić o debiucie? Muzyk już wcześniej, jako Sqbass, współpracował z takimi artystami jak Smolik czy Novika, a na jego pierwszej solowej płycie gości między innymi Emade. Ciężko więc oceniać tę płytę jako dzieło nowicjusza, mimo że stylistycznie odbiega znacząco od wcześniejszych dokonań.

Wilczełyko to zbiór gitarowych piosenek, ale przekornie największą zaletą albumu jest wokal. Skubas dobrze odnajduje się zarówno w monotonnych utworach, jak na przykład rozpoczynający płytę, pulsujący głębokim basem Nie pytaj i bardziej agresywny, prawie-że-grunge’owy Prawie jak Kurt.

Skubas wypełnił lukę na polskiej scenie alternatywnej. W czasie, gdy na świecie od dawna sukcesy święcą folkujące indie zespoły (Bon Iver, Beirut, Dry the River) nad Wisłą brakowało tego typu muzyki. Lekko przesterowane gitary z dużą ilością pogłosu, harmoniczne chórki i partię smyczków uzupełniające tło to rozwiązania, których nie powstydziliby się Justin Vernon i Zach Condon, a które można usłyszeć chociażby w utworze Mgła i na singlowym Linoskoczku.

Słabszymi momentami na płycie są piosenki śpiewane po angielsku Over the Raising Hills i Rain Down. Pod względem aranżacyjnym nie odbiegają od reszty, ale dla mnie bardziej autentyczny jest Skubas po polsku. Wilczełyko – jako całość – zdecydowanie odbieram pozytywnie. Nic odkrywczego, ale jest to solidny album i na pewno coś, czego w Polsce brakowało.

Nie ma więcej wpisów