Muse zawsze mieli zapędy megalomańskie. W szczególności ich lider, Matt Bellamy. W wywiadach sami przyznają, że od dziecka marzyli o koncertach na stadionach, a nawet o bardziej widowiskowych show. Po latach udało im się to osiągnąć – bilety na koncerty na Wembley wyprzedają się błyskawicznie, a miliony ludzi śledzi każdy krok zespołu, cierpliwie oczekując nowości.

Ich nowy album – The 2nd Law – wydaje się być komponowany po części z myślą o koncertach stadionowych. Jednak na krążku znajdują się kompozycje tak od siebie odległe stylistycznie, że momentami można odnieść wrażenie, że nie tylko jeden zespół nagrywał cały ten materiał, a płyta jest kompilacją utworów trzech różnych kapel. Kosmiczno-rockowe kompozycje przeplatają się z popowo-funkowymi kawałkami, a całość zamyka dubstepowo-klasyczna, dwuczęściowa etiuda.

Po pierwszym przesłuchaniu albumu można odnieść wrażenie, że Matt Bellamy ma za dużo pomysłów i chce je za szybko zrealizować. Rockowe riffy, elektronika, echo bicia serca nagrane za pomocą telefonu, muzyka klasyczna, pop i dubstep – wszystko wrzuca w jeden wielki wór, który przez to wymieszanie smaków i składników w całości staje się nieco ciężkostrawny. Jednak jeśli powyciągać z tego wora same smaczki, to płyta zaczyna zbierać stopniowo coraz więcej plusów.

Krążek otwiera mocny Supremacy. Temat świetnie nadawałby się do kolejnego filmu o Bondzie. Niesamowity falset Bellamy’ego w refrenie potrafi wywołać ciarki na całym ciele, podobnie jak potężny gitarowy riff kończący piosenkę – jest pompatycznie, stadionowo – jak to u Muse. Jednak już po tym przychodzi Madness – jedni mówią, że to najlepsza piosenka w dorobku Muse, dla mnie jednak nadal powiewa nudą i nie wywołuje większych emocji. Taki następca Undisclosed Desires z poprzedniej płyty – więcej tu elektroniki i popu niż muse’owego, rockowego kopnięcia. Trzeci jest Panic Station. Znów diametralna zmiana brzmienia – jakby przenieść się w lata 80. i imprezować przy kawałkach Prince’a. Ale ta funkowo-popowa kompozycja nieznośnie wpada w ucho i wręcz nie daje usiedzieć w miejscu. A to wszystko dzieje się w pierwszych dwunastu minutach.

Dalej nie mniej jest mieszanek brzmieniowych i aranżacyjnych. Jednak wiele z tych melodii z czymś się kojarzy. Jeden z najlepszych kawałków na płycie to Animals – opowiadający o upadających gospodarkach pod ciężarem giełdowego barbarzyństwa – brzmieniowo tak bardzo nawiązujący do ery albumu Absolution. Olimpijski Survival to czyste Queen, takie Show Must Go On nowego pokolenia. Big Freeze można by ze spokojem wrzucić na którąś z płyt U2 i pewnie nikt nie zauważyłby, że to nie ich kawałek. Muse od zawsze sprawnie żonglowało w swojej twórczości elementami charakterystycznymi dla innych zespołów, jednak nigdy wcześniej aż tak nie rzucało się to w oczy, a raczej w uszy.

Szczególnie jednak warto przyjrzeć się dwóm kawałkom, w których nie usłyszymy charakterystycznego wokalu Bellamy’ego. Save Me i Liquid State są skomponowane i śpiewane przez basistę, Chrisa Wolstenholme’a. Utwory mają charakter bardzo osobisty, opowiadają o jego zmaganiach z alkoholizmem. Jednak odnoszę wrażenie, że nieco giną w całości albumu. Delikatny głos Chrisa jest raczej schowany przy mocnym wokalu Bellamy’ego, przez co łatwo przejść obok nich obojętnie.

Całość kończy odpowiednik Exogenesis z poprzedniego albumu – dwuczęściowe The 2nd Law: Unsustainable i The 2nd Law: Isolated System – przeładowane klasyką pomieszaną z dubstepem. To krzyk ludzkości na malutkiej planecie pośrodku niczego – mówi o nich sam Bellamy. Na pewno robią one wrażenie, dubstep, o dziwo, nie drażni, a staje się elementem budującym grozę i napięcie – w końcu w obu utworach przedstawiona jest wizja współczesnej apokalipsy.

Muse się albo kocha, albo nienawidzi. Nie ma sytuacji pośrodku. I nie wiem, czy po tym albumie więcej ludzi jednak ich nie znienawidzi. Sami mówią, że nie boją się śmieszności. Lubią i chcą eksperymentować – co widać po nowych kompozycjach. Jednak to wszystko trudno jest przyjąć tak od razu. Trzeba nieco silnej woli, aby wsłuchać się w te niuanse, które pozwalają tę płytę polubić. Pokochać nawet ja jeszcze jej nie zdążyłam. Chyba lepiej podejść do niej wybiórczo, słuchać etapami. To bezpieczniejsze podejście, które pozwoli nie nabawić się niestrawności z powodu przesycenia tym wszystkim, dzięki czemu będzie można docenić to, co ukryte jest gdzieś na dnie tej mieszaniny.

Nie ma więcej wpisów