Tak się złożyło w moim koncertowym życiu, że skład Fisz Emade miałem okazję wielokrotnie spotkać w różnych układach scenicznych. Praktycznie widziałem ich zarówno na festiwalach, koncertach plenerowych, wszelkiego rodzaju juwenaliach, a także parokrotnie podczas typowo klubowych występów. Dlaczego zaczynam w ten dziwny sposób relację niedzielnego koncertu tych muzyków, w sopockim klubie Atelier? Nie dlatego, żeby się pochwalić jakie to ze mnie koncertowe zwierzę, ale w celu zbudowania podłoża do rzetelnej oceny występu, bo miał być specyficzny i sporo sobie po nim obiecywałem. Przede wszystkim, ze względu na miejsce, bo Atelier, w którym się odbywał, to kolebka artystów na mapie trójmiasta. Specyficzna mała scena, sala na około 300 osób i bardzo dobry klimat, budują atmosferę ułatwiającą stworzenie rodzinnego, może nawet osobistego koncertu. Pod tym względem występ braci Waglewskich mnie zawiódł, ale wszystko po kolei.

Skład Fisz, Emade, Dj Eprom to trójka, która tego wieczoru pojawiła się na scenie. Nie było pana Obijalskiego, Sobolewskiego czy Gajewskiego. Już sam ten układ, dziś rzadko spotykany, wzbudził we mnie spore zaciekawienie. Faktycznie na początku występu (po godzinnym opóźnieniu) było bardzo dobrze. Mocne wejście piosenką Iron Maiden, gdzie oprócz Fisza, również Emade sporo udzielał się na wokalu, był otwierającym strzałem w dziesiątkę. Wyraziste dźwięki, generowane przez Dj Eproma wycisnęły z utworu to, co możemy usłyszeć na płycie, a jest to trudne do osiągnięcia za pomocą żywych instrumentów. Do tego swego rodzaju choreografia frontmanów wywołała euforię wśród tłumu pod sceną. Ciekawie również prezentował się Emade na wokalu, podczas gdy z reguły schowany jest za perkusją. Po tym energetycznym wstępie, przyszedł czas na set z płyty Zwierzę bez nogi. Tutaj koncert okazał się tylko poprawny, bez większych fajerwerków. Plusem jest fakt, że w tercecie i przy tym repertuarze, muzycy prezentowali się wręcz jak Beastie Boys, wyraźnie naśladując styl nowojorczyków i akurat w tym osobiście nie widzę nic złego. Wszystko jednak na dłuższą metę brzmiało zbyt  jednolicie i płasko. Okazało się, że żywych instrumentów w tym momencie jednak brakuje. Po serii utworów promujących ostatni krążek, przyszedł czas na koncertowe pewniaki, przy których zawsze publiczność może się włączyć, czyli Imitacje, Nie bo nie czy Jesteście gotowi? Oczywiście przy nich tłum zebrany w klubie bawił się wyśmienicie. Do tego na scenie wybrzmiały jeszcze inne standardy, grane przez zespół prawie zawsze. Na mnie osobiście świetnie wrażenie zrobiła wersja utworu 30 cm – zagranego bardzo delikatnie, bujająco, wręcz hipnotycznie. Na bis pojawił się pierwszy i tytułowy singiel z ostatniego krążka artystów, czyli Zwierzę bez nogi.

Koncert okazał się poprawny pod względem technicznym.  Jednak w słowie poprawny, jedni mogą doszukać się pozytywu inny wręcz odwrotnie. Ja w tym wypadku należę do tej drugiej grupy, choć myślę, że słuchacze w większości byli zadowoleni. Generalnie, nie ma się czego doczepić, więc nie będę tego robił na siłę, ale czegoś mi zabrakło. Być może miałem zbyt wygórowane oczekiwania, wywołane przez miejsce występu. Tak, czy tak, niedosyt pozostał. Zabrakło trochę jedności z publicznością, ciekawszego repertuaru i większego zaangażowania muzyków w ten występ. Z drugiej strony to tylko moje prywatne odczucia, bo patrząc na twarze wychodzących ludzi z klubu, raczej przeważało zadowoleni.

Nie ma więcej wpisów