W sprzyjającym kierunku rozwinęła się muzyka niezależna, jeśli spojrzeć z perspektywy drugiej, nowej płyty nowojorskiego duetu The Hundred in the Hands. Proste, by nie napisać paździerzowe, post-punkowe riffy, których wstydziliby się chyba nawet średniacy sceny indie z ubiegłej dekady, niemalże w całości odeszły w zapomnienie. Gitarę słyszymy już rzadziej i jej gra jest mniej infantylna. Ostrość jako taka czy wyrazistość to też raczej pojęcia, z którymi Red Night trudno będzie skojarzyć. Teraz amerykańskie duo skupia się zdecydowanie na niepokojącej i trochę mrocznej atmosferze oraz na pogłosach.

Nie ma utworu, w którym ten efekt nie zostałby wykorzystany. Wielokrotnie jest on nałożony na większość elementów pojawiających się w utworach. Ta monotematyczność w korzystaniu z efektów jest jednak bardzo efektywna. Pozwala całej płycie stwarzać wrażenie bardzo spójnego i mocno określonego konceptu. A jeśli pisać o obranym kierunku – wszystko praktycznie zostaje mocno zasugerowane w pierwszych sekundach pierwszego utworu, czyli Empty Stations. Jest to również utwór niepodobny do reszty – z większą przestrzenią, bardziej dynamicznym wokalem i dającą się wyraźnie słyszeć melancholią. W nim jeszcze, choć w nieznacznym stopniu, słychać naleciałości pierwszej płyty. Jest tak również w Come with Me, gdzie daje się słyszeć charakterystyczną dla debiutu gitarę.

Podstawowym składnikiem technicznym Red Night jest elektronika. I w tej kwestii The Hundred in the Hands znowu są trochę spóźnieni. Nic świeżego nie wnoszą na pole aktualnych inspiracji: syntezatorów, motorycznych bitów czy witchouse’owej atmosfery, ale kolejny raz potrafią zgrabnie wykorzystać to, co już muzyka przyniosła. Mamy zatem koncept trochę przewałkowany, ale w paru momentach jest on oglądany pod trochę mniej przewałkowanym kątem.

Cały drugi album jest prosty, ale swoim nieskomplikowaniem nie razi. Uwaga zostaje odciągana poprzez mądre rozwiązania kompozycyjne, które nie są rewolucyjne (chyba nikt zmieniania oblicza muzyki od The Hundred in the Hands nie oczekuje), ale dobrze się sprawdzają. Swoistym sukcesem Red Night może być fakt, że pomimo ubogiego instrumentarium i trochę schematycznej konstrukcji znacznej części utworów, ten album absolutnie nie odstręcza. Pokazuje muzykę Eleanor i Jasona w dość niespodziewanych brzmieniach, co powinno zaskoczyć fanów i nie powinno zniechęcić osób, które nowojorczyków jeszcze nie poznały.

Nie ma więcej wpisów