Jamesa Bonda zna chyba każdy. Brytyjski agent 007 stał się ikoną popkultury, symbolem klasycznej elegancji i ponadczasowości. I chociaż w tym roku stuknęła mu już 50-tka, to pewne jest, że jeszcze długo nie grozi mu utrata statusu jednego z najpopularniejszych fikcyjnych bohaterów. Cały świat z zapartym tchem śledzi kolejne potyczki Bonda, mimo że tak naprawdę tematyka filmów kręci się wciąż wokół tego samego. Co powoduje, że przez te wszystkie lata bondowskie kino jest tak popularne? Odpowiedź jest prosta. Bo to nie są zwykłe filmy, to przede wszystkim emocje, szybka akcja, walka, seks, wielkie pieniądze, czyli wszystko co zwykli śmiertelnicy lubią najbardziej i w swoim życiu mają w zdawkowych ilościach.

Bondowskie kino przez te 50 lat zmieniło się nie do poznania. Wiadomo, rozwój technologii, nieporównywalnie większy budżet filmowy i tym podobne sprawy. Nawet sam James przeistoczył się z kobieciarza, rzucającego seksistowskimi żartami w twardego, brutalnego agenta brytyjskiego wywiadu. Oczywiście to samo dotyczy warstwy muzycznej, w której wiele zależało od stylu, który był w danym czasie popularny. Jedno się nie zmieniło, każda piosenka, która pojawiała się w czołówce filmu stawała się prawdziwym przebojem, a artyści wręcz walczyli o to, kto ma ją zaśpiewać. Przez muzyczne produkcje do bondowskich obrazów przewinęli się między innymi: Shirley Bassey, Tom Jones, Nancy Sinatra, Duran Duran, Tina Turner, Jack White, Alicia Keys i w końcu Adele. Ale nie zapominajmy, że klimat filmów o 007 tworzy przede wszystkim instrumentalny soundtrack, który towarzyszy Bondowi w każdym momencie akcji.

Wstrząśnięta, ale i zmieszana. Taka właśnie jest ścieżka dźwiękowa do nowego filmu o brytyjskim agencie. I chociaż to nie Martini z wódką, można się nią upajać przez długi czas, najlepiej wieczorami, bo wtedy najlepiej smakuje. Thomas Newman, bo tego pana możemy uznać za muzycznego barmana, serwuje nam porządnego shake’a, w którym wyczuwa się nutę klasyki, orientu i nowoczesności. Można się zastanawiać, co ten facet mógł jeszcze wymyślić w soundtracku do filmu, który po pierwsze jest ponadczasowy i ma swój charakterystyczny styl, po drugie od 50 lat tak posiada ten sam motyw przewodni. No to ja Wam powiem, że dużo.

Zacznijmy od tego, że Thomas to stary wyga w branży muzyki filmowej. Skomponował soundtracki do American Beauty, Skazani na Shawshank, Zaklinacza koni i wielu innych. Zgarnął też trochę żelastwa – nagrodę BAFTA, Grammy i Emmy. Nominowano go do Oskara i Złotego Globu. Ale to chyba nie jest szczególnie dziwne w przypadku kogoś, kto pochodzi z wybitnej, hollywoodzkiej dynastii muzycznej. Newman posiada swój charakterystyczny styl, który w połączeniu z bondowską, muzyczną tradycją – daje piorunujący efekt. Oczywiście ścieżkę dźwiękową oparł na motywie przewodnim (skomponowanym przez Monty’ego Normana), który przewija się przez kolejne utwory pod różnymi postaciami, czasem są to pojedyncze, charakterystyczne dźwięki, czasem całe sekwencje.

Już na początku Thomas Newman raczy nas nieprzewidywalnymi zwrotami muzycznej akcji i zmiennymi nastrojami. Od pierwszych dźwięków wyczuwa się dozę dramatyzmu, którą na początku oszczędnie, a potem z pełną mocą dawkują nam partie smyczkowe i dęte. Przewijający się orientalistyczny motyw wprowadza egzotyczny klimat tak, że czujemy skwar jaki panuje na Grand Baazar w Istambule i widzimy ferie barw, którymi mienią się dachy straganów. Płynnie przechodzimy do miejsca, w którym przez chwilę możemy odetchnąć od natłoku wrażeń, ale intuicyjnie wyczuwamy zbliżające się zagrożenie, w czym utwierdzają nas niepokojące, elektroniczne dźwięki. Potem spotykamy na swojej drodze Severine, która przez chwilę usypia naszą czujność. I znów wpadamy w sidła niebezpiecznej gry. Ścigamy się ulicami Szanghaju, powoli nabieramy niebezpiecznej prędkości, od której jednak udaje się nam na chwilę uciec. Ale napięcie znowu narasta i ani się nie obejrzymy, kiedy znów znajdujemy się w centrum śmiertelnej rozgrywki, którą kierują ostre jak brzytwy sekcje smyczkowe i głośne bębny.

Ten soundtrack zaskakuje na każdym kroku, atakuje niepostrzeżenie i powoduje totalny skok adrenaliny, po tym jak przed chwilą spodziewaliśmy się, że groźne dźwięki pozwolą już nam odetchnąć. Newman jest mistrzem tworzenia nastroju. Potrafi zbudować niesamowite napięcie, aż w końcu – nie wiadomo kiedy – wszystko wybucha i znów mamy ciszę przed burzą. Przez ponad godzinę jesteśmy więźniami skrajnych emocji, które bezlitośnie władają naszym umysłem. I chociaż to niebezpieczna gra, to powoli się od niej uzależniamy.

Taka właśnie jest ta ścieżka dźwiękowa, taki jest James Bond i do kina wybrać się trzeba, chociażby dla tego niepowtarzalnego, robiącego naprawdę duże wrażenie soundtracku Skyfall.

Nie ma więcej wpisów