Sympatyczne owady powracają na łąki, pola i do głośników z trzecim albumem zatytułowanym Armanda. Członkowie zespołu zapowiedzieli, że nowe wydawnictwo może być dużym zaskoczeniem dla fanów grupy. Z pewnością jest to płyta bardzo eklektyczna, na której spotykają się różne klimaty. Wyraźnie słychać, że panowie podkręcili imprezowy regulator i serwują nam zestaw utworów przeznaczonych do tupnięcia nóżką i to nie raz.

Mniej tutaj gitar a więcej elektroniki. Cała płyta powstała praktycznie w oparciu o nią. Na sam początek otrzymujemy jeden z najbardziej tanecznych numerów na płycie czyli Łan Pała, gdzie króluje prawdziwie dyskotekowy beat. Wydaje mi się jednak, że większa energia bije z niezwykle pulsującego elektroniką Lovelock, a refren dość szybko wpada w ucho, nie tylko ze względu na rytm, ale też słowa. Dziadarap ewidentnie zwalnia tempo i wycisza atmosferę, a Paprodziad subtelnie romansuje z rapem.

Naprawdę dobrze zrobionym kawałkiem na Armandzie jest Łan for Me. Wydaje się, że mamy tutaj do czynienia ze światową produkcją. Dobry chillout okraszony delikatny gitarą wprowadza bardzo relaksujący nastrój, jednocześnie zachęcając do lekkiego pobujania się w tym rytmie.

Pompeje i Sundown to chwilowe wycofanie się z imprezowej konwencji, jednakże zaraz po tych dwóch nużących utworach dostajemy Jammin’ – tu wyraźnie słychać elementy charakterystyczne dla brzmienia ska. Spróbujcie nie kiwnąć nawet palcem do tej piosenki. Ciężko, zdaję sobie z tego sprawę. Całość wieńczą synthpopowe Plen (z echami gitar w tle) i tytułowa Armanda.

Teksty Paprodziada w połączeniu z funkową energią posiadają tutaj dość duży potencjał. Płyta nie jest wielkim przełomem, ale godnym zauważenia wydawnictwem na polskim rynku muzycznym. Grupa jest znana przede wszystkim z niesamowicie żywiołowych koncertów, na których nagrania studyjne zyskują kilkakrotnie. Sam album nie wystarczy do pełnego zachwytu.

Nie ma więcej wpisów