Wszelki trolling jest wisienką na torcie internetowego jestestwa bez względu na tematykę portali, których dotyczy. Jest to mój debiut, a debiuty – jak powszechnie wiadomo – bywają głośne, ciche i brzęczące. Nie wiem, jaki ten będzie (prawdopodobnie pozostawi po sobie muchopodobny szum), fakultet z jasnowidztwa u wróżbity Macieja oblałam przed samym do niego przystąpieniem. Tekst ten – pierwszy raz mój – będzie stricte amuzyczny w przeciwieństwie do tych, które opublikowane zostaną później. Ot, słowem wstępu.

Proszę szanownych trollów płci każdej!

Sztuka, którą uprawiamy nie jest tak łatwa, prosta i przyjemna, jak się naiwnie zdaje niektórym. Niejeden sympatyczny debiutant mniema, że wystarczą względnie dobra wola, badziewny nick i zdawkowy zapał, a z nie mniejszym zaangażowaniem lekceważy prawdziwie zawiłą teorię podstawowej trollerskiej wiedzy, to jest upraszcza jej psychologiczne zawiłości i niuanse, wykracza poza szereg przykazań prawdziwego trolla, z których każde brzmi zgoła podobnie: szydź, szydź nieprzerwanie, a tak szydząc, szydź jeszcze bardziej i bądź tak przemożny w tym szydzeniu, tak zatrać się w tym szydzeniu, aby nie było różnicy między szyderstwem i afirmacją. Amator taki załamuje się przy lada nie skwitowanym chamstwem komentarzu, a po zlekceważonej wrogości popada w stan trollerskiej nirwany, dotkliwego przygnębienia, pozostając do końca życia nieudolną internetową dżdżownicą, wykonującą swoje rzemiosło w sposób pozbawiony polotu i możliwej finezji, zupełnie tumanowaty, umniejszając tym samym dorobek najznamienitszych znakomitości tej internetowej profesji; starzeje się przedwcześnie, chyląc coraz bardziej do ziemi przygarbiony i zdeformowany skoliozą kręgosłup, zmieniając zamierzony kpiną uśmiech sarkazmu w grymas beznadziejnej zgryzoty.

Szanujący się troll, mistrz swego fachu, wtajemniczony we wszelkie szczegóły trollerskiej teorii i praktyki, winien mieć postawę godną i pewną siebie, nie rozdrabniać się w błahostki, jak bezmyślne rozdawanie lajków czy mechaniczne krytykowanie tego, co wyjątkowo apropaty wymaga; ma nadrzędny obowiązek ograniczać nierozważne komplementy czy neutralne opinie, a zamiast tego w sposób zupełnie niesubtelny miażdżyć irracjonalnym zestawem epitetów, emotikon i znaków przestankowych. Wszak żadne zdanie nie jest tak dobitne, jak wypowiedź podsumowana kropką, która drze się bardziej niż tuzin wykrzykników w rozmiarze największej z Grycanek.

Jednym słowem nie powinien oddawać się całkowicie trollowanemu postowi, ponieważ przedstawi się w oczach jego autora, jako jednostka słaba, bezsilna, pasywna i bezużyteczna. Winien kreować swój wizerunek, jako kompletnie niezależnego od krytyki markotnego mruka, który błyszczy awangardą i imponuje odbiorcy wyrafinowanym słownictwem. Musi olśniewać perfekcyjnym opanowaniem polskiego słownika wulgaryzmów oraz powalającą znajomością wszystkiego o wszystkim (nawet jeśli wiedza ta pochodzi z mekki hiper nadzwyczajnych e-profesorów wszystkich dziedzin – Wikipedii). W przeciwnym razie kąśliwe komentatorstwo i negowanie tego, czego negacji nie wymaga – wszak na tym polega istota tego zjawiska – nie wyda, przestrzegam, żadnych owoców. Wówczas nawet najmniejsze z szyszek nie zrodzą się w męczarniach z dziewiczego łona ekscentrycznych dyskutantów. Niepłodność takiego hejtera będzie działała na niekorzyść hejterów mu pokrewnych, wprawionych w swoim lingwistycznym rzemiośle i skrupulatnie pielęgnowanej sensownej akonsekwencji.

Prawdziwy troll to wszechwiedzący wytrawny polemista, odznaczający się banalną biegłością we władaniu pustymi frazesami, który zgrabnie operuje argumentami bez pokrycia, desperacko doszukuje się dziury w całym, gardzi wszystkimi (sobą w szczególności) i w każdym kolejnym komentarzu z umiejętną nieumiejętnością przeczy tezie poprzedniej, co czyni go jednostką bardziej skonfliktowaną niż Werter, czy wypowiadający się na jakikolwiek temat prezes PiS. To wielki polityk, który na jednym briefingu trolluje koalicję rządzącą śmiałymi teoriami, by na następnej konferencji się z nich wycofać lub rozwinąć przeczenie tezy pierwotnej, bo szerokie audytorium rozumie wszystko na opak, nie widzi prawdziwego sensu ukrywanego za językiem nienawiści. Jest mistrzem w swych fachu. Nikt z taką biegłością nie włada chwytami erystycznymi, a już z pewnością tak pięknie nie wywołuje zbędnej dyskusji na tematy zupełnie poboczne błahe, marginalne i nieistotne. Jest Katarzyną W. polskiej polityki. Tak kończą ludzie, którzy w dzieciństwie porywali się z motyką na… księżyc.

Przy okazji omawiania cech gatunkowych i prób zdefiniowania specyfiki naszej wyjątkowej społeczności, chciałabym podkreślić na marginesie sprawę niemniej istotną. Otóż fałszywe i złudne jest mniemanie, że prawiący się w trollingu internetowi adwersarze hobbystycznie szukają dziury w całym i niezależnie od komentowanej topiki, negują wszystko w imię nadrzędnej zasady każdego trolla, nakręcając spiralę wrogiej nienawiści, następnie ponosić miażdżące klęski. Kto ulega naporowi opozycyjnych argumentów i śmiałych teorii, kto wycofuje się z pojedynku na słowa, ten bezcześci święte imię najjaśniejszego trolla, trolla nad trollami. Nie ulega kwestii, że wszelki trolling jest więc dziełem wspólnym trollującego i trollowanego. A rozróżnienie obu antagonistów jest jedynie rozróżnieniem roboczym.

Gorliwość, osobliwe poczucie humoru, wyborna wulgarność, wyrafinowana kpina z przywar strony przeciwnej, trzeźwa kalkulacja i podbijanie głupotą kolejnych postów – to niezbędne warunki rzetelnego trollingu. Wznoszona na wyżyny wrogości kąśliwość wyrażanych w wyjątkowo osobliwy sposób opinii dosadnością winna przerastać Mount Everest, a erudycja każdego z pałających się tym rodzajem hejterstwa ludzi wprawiać musi audytorium w zażenowanie o poziomie dna Głębi Challengera. Okazjonalne uprawianie trollingu lub traktowanie go w charakterze sztuki dla sztuki jest niczym innym jak profanacją świętych symboli facebookowego fake-jestestwa czy innej anonimowości przypisującej jednostkę do kilku liczb numeru IP.

A tak już całkiem poważnie.

Rodzajowy obrazek antyspołecznego zjawiska zwanego trollingiem wcale nie tak dawno temu rozpętał nie burzę, ale jesienny, monotonny deszcz bredni. Co rano ścieka po ekranach komputerów mętna ciecz daremnych dysput i miałkich sporów, siusiających autotelizmem, bo każda względnie kulturalna pogawędka nastawiona jest wyłącznie na polemiczność i kontrowanie kontrataków kolejnymi kontrami, co przypomina banalne walki na krzyże prawdziwych Polaków z tymi prawdziwszymi od nich samych.

Koledzy trolle! W imieniu wszystkich dzieci internetu, niezliczonych entuzjastów waszego kunsztu i amatorów hejterstwa zaklinam was, przestrzegajcie podstawowych zasad netykiety i ortografii, dezorganizując przy tym internetową przestrzeń w sposób mniej chaotyczny. Jak e-żyć, gdy pacyfizm jest passé, a hejterstwo glamour? Kultura, będąc kulturą nie może nie obowiązywać, a więc obowiązuje. Wszystkich, bez mała. Towarzysze, hamujcie swoje narcystyczne zapędy, dostosowując się wobec nadrzędnej topiki. Wyjdźcie naprzeciw patologiom i lamerskim niuansom i sprawcie, by wasze wpisy miały choć zdawkową wartość merytoryczną. Poza kulturą, istnieje przecież cenzura. I ta ochrona powinna chyba wystarczyć najgorętszym zwolennikom krępowania wolności słowa w poplątanej sieci forów dyskusyjnych i portali społecznościowych.

Nie ma więcej wpisów