Lugozi jest solowym projektem Łukasza Dziedzica – artysty, który zajmuje się nie tylko sztuką audio, ale również – choć powinnam raczej napisać: przede wszystkim – wizualną. Jego debiutancki album ukazał się 25 listopada pod szyldem wytwórni MIK.MUSIK i nosi tytuł There Is Strong Shadow Where There Is Much Light.

Każdy kto miał już wcześniej styczność z fizycznymi wersjami produkcji wychodzących ze stajni MIK.MUSIK, wie na pewno, że grube kartonowe pudełko (nie mam na myśli typowego digipacka) nie jest niczym nowym. Jeśli jednak nie miało się do czynienia z fizykami od MIK.MUSIK, można zostać mile zaskoczonym takowym wydaniem. Tym bardziej, że to nie wszystko. Grube kartonowe pudełko kryje w sobie bowiem czarną płytę (dokładnie taką samą jak gry na pierwszą konsolę PlayStation) i zdjęcia owinięte w karbowaną bibułę. Zatem unikalny klimat uderza już od opakowania.

A co z zawartością samego krążka? Jest równie ciekawa i równie klimatyczna. There Is Strong Shadow Where There Is Much Light to czysto elektroniczne brzmienia, które powstały przy użyciu komputera i klawiszy. Niby standard, niby banał, a jednak nie, zupełnie nie. Ten album jest niebanalny. Co więcej, nie należy do łatwych w odbiorze. Wymaga uwagi, wszak Łukasz Dziedzic bardzo intensywnie zagospodarował przestrzeń każdego kolejnego utworu. Dzięki temu płytę chce odtworzyć się ponownie. Z ciekawości.

Lugozi tworzy kompozycje roztaczające wokół siebie emocje trudne do nazwania. Przeważnie takie, które mają w sobie coś ze swoistego smutku (Black Crows) czy też z bliżej nieokreślonej tęsknoty (In Cages). Zaduma (Cieszyn I Love You), niejednoznaczność, dużo mroku (There Is Strong Shadow Where There Is Much Light), sporo tajemnicy (Nic). Znajdą się również takie motywy, które brodzą w swoistej transowości. Znaczącą rolę w tym wszystkim odgrywa wokal artysty – naciągający wymienione wcześniej emocje do tego stopnia, że nawet te pozycje tracklisty, które brzmieniowo wolne są od dołujących rejonów, stają się tożsame z ogólnym wydźwiękiem płyty, mimo wszystko. Nie oznacza to jednak, że potencjał Nowhere – najbardziej charakterystycznego utworu płyty – zostaje w ten sposób unicestwiony, nie. Potencjał ten zyskuje po prostu czegoś bliżej nieokreślonego, czegoś co sprawia, że kawałek ten nie stanie się przebojem (choć pewnie mógłby), takim dyskotekowym jednosezonowcem bez wyrazu. I dobrze.

Nie ma więcej wpisów