Rap trzeba czuć, by się w nim odnaleźć. Trudno jednak powiedzieć, czy Brian Sledge, mówiąc o sobie bardziej jako o raperze niż przedstawicielu soulu, potrafi wskrzesić pokłady charakterystyki hip-hopowej i przekonać do tego stwierdzenia wszystkich. Na polu coraz częściej wyrastających artystów hip-hopowej sceny alternatywnej, bądź z tym nurtem flirtujących, większość to tak naprawdę ludzie, którzy umiejętnie korzystając z sampli, tworzą świetne mixy gatunków solu czy r’n’b.

Objawieniami namaszczają recenzenci Franka Oceana czy The Weeknd, którzy przecież z raperami współpracują nieustannie. Nie inaczej jest z BJ’em, który za ziomów może uważać Snoop Dogga, Jamie Foxxa czy Mary J. Blige. A jednak z wszelkich pomocniczych nawijek korzysta rzadko, wspierając się jedynie Big Boi’em czy Lamarem w zaledwie trzech utworach. Sam natomiast, zamiast rapować, woli pójść w strony bliższe soulowi czy r’n’b, wykonując swoim głosem zgrabne akrobacje zasługujące na miano majstersztyków współczesnego wokalu. I nie przesadnym wydają się możliwe opinie zakładające, że to jeden z ciekawszych głosów (i mózgów) muzycznego biznesu i przyrównania do D’Angelo. Nie zdziwię się więc, jeśli po zdobyciu szacunku w środowisku i większym rozgłosie Pineapple Now-Laters, drugi krążek zapełni się kilkoma bardziej znanymi głosami czarnej muzyki.

Niezależnie jednak od brzmienia featuringowego setu w kolejnym wystąpieniu Sledge’a, prezentacja Pineapple to show jednej postaci. Uczynienie z uniwersalnego – i do przesady eksploatowanego – tematu miłości, godzinnego, przykuwającego uwagę przedstawienia to nie lada sztuka. Wszystkiemu sprzyja naprawdę ciepła produkcja mixów, która sprawia, że wszelkie słowa BJ’a to prawdziwa rozkosz. Erotyczny posmak sam unosi się nad większością numerów, takich jak: Sex Is the Best Breakfast (cause in the morning I wanna lick my lips and still taste you babe), Fly Girl Get ‚Em, Aiight czy niemal bliźniaczych soulowych ballad Good Love i Good Luv’n.

Tam gdzie Drake flirtuje z kolejnymi popowymi wokalistkami, a The Weeknd postrzega uczucia poprzez krew, pot i łzy, tu warstwa tekstowa skupia się na czymś odrębnym. Slegde wyłącznie swoją osobą i swoim zaangażowaniem wytwarza niebezpiecznie pociągającą aurę, w której nie potrzeba popowych refrenów ozdobionych wyznaniami o miłości ani kimś u jego boku. Choć nie da się ukryć, że przy Sex X Money X Sneakers (niesamowita sekcja rytmiczna!) mamy nadzieję na rychłe pojawienie się Beyonce przy mikrofonie.

Ten najbardziej obecny składnik jest jednak zestawiony z kilkoma polityczno-społecznymi odniesieniami, gdzie Chicago Kid prawi moralizatorskie historie (Hood Stories Vol.1, The World Is a Ghetto). Ciekawie robi się przy Dream II, które muzycznie zdaje się wpasowywać w debiutancki album DJ Shadow. Nic jednak nie ma porównania z opowieścią His Pain II – chyba najważniejszym akcentem płyty. Genialnym staje się wystąpienie Kendricka Lamara, który poprzez ściśnięte żalem gardło prowadzi historię: Yesterday my nigga had told me his brother died / A day before that his homeless uncle was cold outside / A week before he seen the cancer in his mother’s eyes / Two weeks before that, couldn’t pay his rent cause he lost his job. Mnie to przekonuje do tego stopnia, by uznać debiut BJ’a za jedno z największych osiągnięć tego roku. Kto nie usłyszał, ten nie zrozumie.

Nie ma więcej wpisów