Dwudziestopięcioletni Kendrick w wywiadzie dla GQ mówi o tym, że przystosowanie się do sukcesu to dla niego koszmar i przez całą uwagę, która była i jest mu poświęcana – wariuje. Do sytuacji otaczającej młodego rapera pasuje oldskulowe polskie porzekadło: jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz. Lamar w tym wypadku ma to nieszczęście, że pościelił sobie wyjątkowo dobrze. Do tego stopnia, że może za kilka lat przeklinać dzień, w którym good kid, m.A.A.d city wyszło na świat i trafiło w ręce słuchaczy – 240 tysięcy sprzedanych kopii tej muzycznej historii, tylko w pierwszym tygodniu jej obecności na rynku.

Słowo historia nie zostaje użyte przypadkowo, albowiem to ona jest tutaj słowem-kluczem. Podtytuł płyty już silnie wskazuje, z czym będziemy mieli do czynienia. Tak, druga płyta K. Dota to koncept album – coś co dla środowiska czarnego rapu jest równie typowe, co jeżdżenie ekologicznym wozem i zachowanie czystości aż do dnia ślubu. Forma opowiadania to jedyna oryginalność tego wychwalanego pod niebiosa wydawnictwa. Ale forma nie stanowi o jego sile. Fakt powiązanych ze sobą wydarzeń, które ostatecznie stapiają się w konkretna historię, to jedynie wymówka, próba podrasowania tego, o czym świat muzyki słyszał już wiele razy – nawet, jeśli tak bardzo kontrastuje z wizerunkiem czarnych raperów.

Życie jest ciężkie, zwłaszcza, gdy Twoje miasto dzielą dwa kolory – czerwony i niebieski – przypisane gangom, presja otoczenia i bycie wrażliwcem, alkohol, miłość, religia, seks. Pod kątem tematycznym nie jest to album odkrywczy, co raczej nie plusuje w przypadku wydawnictw z konkretną historią w tle. Mimo to, 78 minut storytellingu Kendricka to najlepsze opowieści, jakie w tym roku słyszał świat muzyki. Ich fundament to sposób, w jaki raper o aparycji wiecznego dziecka je przedstawia – wnioski, którymi potrafi przygwoździć. Nie mamy tutaj emocjonalnych rozważań o trudach sytuacji, w których uczestniczy, nie ma rozczulania się nad sobą. Często K. Dot stoi razem z nami, z boku i jak bardzo w sytuacji by nie uczestniczył, potrafi się z niej wyabstrahować, skupić na tym co istotne, wykreować w głowie słuchacza obrazy. Niczym uciekinier, który wbił się do garażu kumpla, licząc że ten, po wysłuchaniu, pomoże mu się z tego wszystkiego wydostać. Taka prośba jednak nie pada. Raper nie zapomina, że jest od opowiadania i potrafi wejść w swego rodzaju interakcję ze słuchaczem, żartować by nie było tak ponuro.

Cała ta historia nie miałaby sensu, gdyby nie świetne podkłady i warsztat głównej postaci tego zamieszania. 16 producentów spisało się nienagannie, brzmienie tej płyty zostało uzyskane przy pomocy różnych środków, czasem użytych w sposób kiczowaty (smyczki w Swimming Pools) a mimo to, jest bardzo spójnie. Potrafi też być wzruszająco (Sing About Me, I’m Dying of Thirst). Od początku do końca czuć, że to płyta jednego człowieka, a muzyka jest podporządkowana opowieściom i to one odgrywają pierwsze skrzypce. Ten z kolei potrafi przejść od szybkiego wyrzucania słów, z precyzją karabinu maszynowego, do temp wolniejszych, bawi się głosem, słowami, tym jak brzmią – z dwóch sąsiadujących ze sobą sylab tworzy kolejne słowo. Klasa sama w sobie.

Jeżeli fani obawiali się, czy raper przebije swój debiut, najprawdopodobniej już przestali. Mogą za to zacząć się martwić na przyszłość – chociaż Amerykaninowi nie braknie talentu, poprzeczkę stawia sobie coraz wyżej. Ciekawe, gdzie jest górna granica, w końcu tak genialnych płyt nie można nagrywać w nieskończoność. Chyba, że…

Nie ma więcej wpisów