Słuchanie Lidella o różnych porach, w różnych miejscach i podczas różnego nastroju pokazało jedno – czegoś tu po prostu brakuje. Coś wyraźnie poszło nie tak, mimo że Jamie Lidell można uznać za wypadkową dwóch ostatnich albumów. Gdzieś pomiędzy perfekcyjnym wykonaniem drapieżnego uderzenia What a Shame (wyraziste basy, świetny wokal na wysokości brigde’u) natrafiamy na rzeczy, które rozdarte między nachalną elektronikę a powrót do charakteru JIM po prostu nie współpracują.

Największym problemem są skoki jakościowe, gdzie przypływy dźwięków ciekawych – niekoniecznie w postaci całości utworu – przechodzą w zbyt drastyczne – jak na soulowe standardy – zafascynowanie brzmieniem techno. Mroczny, noirowy początek Do Yourself a Faver trafia w soulowe klimaty, by za chwilę przejść w robotyczne pogłosy. Odwrotnie You Naked, którego toporność w refrenie przeradza się w pop, brzmiąc przy tym zupełnie różnie w kwestii pomysłu, jakości właśnie.

Tego brakuje również na polu tekstowym – od początku kariery Brytyjczyka jego forma spada. Nie wyróżnia się on na tle reszty podobnych jemu wykonawców. Gdzie więc ten pociąg do twórczości Prince’a?

W kwestii muzycznej, eksperymentalna dusza Lidella, która rozciąga się na całość albumu, ma swoje dobre i złe strony. Neo-soulowe rytmy I’m Selfish z nutą elektroniki czarują prostotą przekazu, swoim refrenem, jak i wokalem uciekającym gdzieś w wydawnictwo z 2008 roku. Funkowość dyskotek lat 80. z ciekawymi clashami to rozpoznawczy znak nieco przydługiego Big Love. Dobrze wypadają też Blaming Something czy In Your Mind. Zresztą, większość utworów to dobre pomysły, które w fazie produkcji uległy znacznym, nie do końca trafnym modyfikacjom, przez co niejednokrotnie zlewają się w jeden kompozycyjny wzór. Nagromadzenie dźwięków potrafi jednak z czasem odwrócić uwagę od dziwnych posunięć, a towarzyszące przez większość utworów muzyczne przeszkadzajki skutecznie działają na korzyść Lidella.

Denerwuje za to zbyt częsta zabawa vocoderem, która zmienia przejrzystość głosu Jamiego w niekoniecznie wszędzie potrzebne wybryki. Niezrozumiałość wielu sformułowań powoduje utratę całego uroku, który mógłby zostać zawarty na tym albumie. Za mikrofonem odbywa się bowiem szaleństwo piskliwości, częstej skali głosu i przekształcaniem go w przeróżne formy i niesprecyzowany śpiew.

Im dłużej jednak obcuje się albumem, tym bardziej jesteśmy w stanie uwierzyć, że to wszystko zostało stworzone z zamysłem, a nie jest tylko sprytną zasłoną dymną. Jeśli więc Jamie Lidell jest wyznacznikiem tego, kim stał się Lidell i kim zamierza być, to można mieć zarówno obawy, jak i odczuć zadowolenie. Póki co, skala przechyla się ku temu drugiemu, ale mając co do niego duże oczekiwania, należy spytać: jak długo jeszcze tam pozostanie? W obecnym punkcie jego kariery trudno jednoznacznie orzec.

Nie ma więcej wpisów