Sebastian Hartmann to prawdziwie nowatorski reżyser teatralny. Jego sztuki zdecydowanie wychodzą poza ramy klasycznego teatru. Świadczy o tym fakt, iż do powieści historycznej – rosyjskiej epopei narodowej Lwa Tołstoja Wojna i pokój – wymarzył sobie nie tradycyjne, akustyczne dźwięki, a połączenie instrumentów z muzyką elektroniczną.

Hartmann do pracy nad ścieżką zaangażował zaliczanego do gatunku IDM muzyka Saschę Ring – bliżej znanego jako Apparat. Nie dając berlińskiemu artyście zbyt wielu podpowiedzi, zawierzył w 100%, że to co stworzy Ring, będzie godne jego przedstawienia. Tak też się stało.

Album Krieg und Frieden (Music for Theatre) powstawał nocą, w starym budynku opuszczonej fabryki. Apparat pracował nad swoim dziełem w oderwaniu od scenariusza, obserwując jednie próby aktorów. W całej produkcji pomagali mu Philipp Timm (wiolonczela) i Christoph Hartmann (skrzypce).

Wydana płyta to efekt niedosytu, jaki powstał po opracowaniu muzyki do sztuki. Uzupełniona o wokal płyta ujrzała światło dzienne jako 40-minutowa opowieść, wymuszająca na słuchaczu przejście przez wszystkie możliwe emocje, skrajnie różne, zmierzające w tylko sobie znanym kierunku.

Trudno wyłączyć album w połowie, gdyż każdy kawałek kusi, by zostać odkrytym, jak wciągająca książka, której po prostu nie umiemy zamknąć. Zaczyna się spokojnym 44 opatrzonym lirycznym dźwiękiem skrzypiec, dalej przechodzi w łagodne elektroniczne brzmienie 44 (Noise Version) stanowiące idealne preludium do tego co nastąpi później.

A później mamy Lighton z delikatnym wokalem Apparata w roli głównej. Utwór nieco zaburza kompozycję, pauzuje to co wznieciły poprzednie kawałki. Jednak pewna słabość do głosu Saschy Ringa sprawia, iż – według mnie – znajdujące się na płycie jedynie dwa tracki opatrzone jego śpiewem nadają produkcji ciepła, nastrojowości.

Kolejne, Tod i Blank Page, mogłyby być podkładem do dobrze rozegranej sceny filmowej. Choć łącznie trwają przeszło siedem minut, słucha się ich na wstrzymanym oddechu z pewną dozą niepokoju. PV wchodzi łagodnie, w tle słyszymy przewijanie kliszy z projektora i tylko narastający chóralny hord oraz dźwięk trąbki zwiastują ciąg dalszy. W okolicach czwartej minuty napięcie zaczyna narastać, by na końcu wybuchnąć z całą swoją mocą. To jest właśnie apogeum tej płyty, to jest właśnie kunszt muzyka. Dla tych dwóch ostatnich minut szóstego kawałka warto było poczekać.

Natychmiastowy cut i wchodzą łagodne, szarpane dźwięki wiolonczeli (K&F Thema (Pizzicato)), a za nimi cymbałki niczym pozytywka (K&F Thema) wzbogacone skrzypcami w ostatniej minucie drastycznie uciętymi przez wygłuszony dźwięk bębna. Przechodzimy do Austerlitz – obraz po bitwie opatrzony pianinem, bębnami, rytmiczną muzyką, z której przebija pozytywna i pełna zadumy nuta.

Istne katharsis przechodzimy przy ostatnim utworze – A Vialonet Sky – stanowiącym idealne ukoronowanie całości. Kawałek koi emocje, pozostawia też niedosyt, jakbyśmy właśnie obejrzeli bardzo dobry film o sporym ładunku energii, która rozpiera naszą pierś i wymusza uśmiech.

Nie oczekujmy, iż Krieg und Frieden (Music for Theatre) będzie przypominało nam Apparata jakiego znamy. Artysta podjął się zadania niezwykłego, któremu zdecydowanie podołał. Pokazał, że jest twórcą kompletnym, a jego łatwość w dobieraniu dźwięków sięga wyżyn.

Nie ma więcej wpisów