Tej wiosny Duńczycy z Turboweekend mają zagrać w Polsce aż trzy koncerty (20.04 – Warszawa, 21.04 – Poznań, 22.04 – Wrocław), a więc korzystając z okazji na przypomnienie Wam tego świetnego składu postanowiliśmy trochę pociągnąć za język Mortena Køie (bas) i dowiedzieć się trochę o ostatnim albumie, koncertach i planach na przyszłość kwartetu.

musicis.pl: Cześć, Morten! Jak tam Dania – czy Was też złapała niekończąca się zima?
Morten: Wiesz co, cały czas jest dosyć zimno, ale dzisiaj wyszło słońce, więc chyba idziemy w odpowiednim kierunku.

musicis.pl: Korzystając więc z Twojego dobrego humoru zacznę od pytania o koncerty, bo tym byliście zajęci od czasu wydania w zeszłym roku najnowszego albumu. Jak udaje się Wam utrzymać tak wysoki poziom energii na każdym koncercie, nawet jeśli gracie ich kilka pod rząd?
Morten:
Myślę, że po prostu nie możemy się powstrzymać, to jest coś co wypływa z nas samo. Właściwie to mamy problem z byciem cichym i delikatnym, wolimy wyzwolić tę moc, utrzymać wysokie tempo. To jest coś, co nas określa – lubimy dobrze się bawić na scenie, biegać z jednego końca na drugi, generalnie trochę poszaleć. Wiadomo, że raz na jakiś czas robimy się trochę rzewni, ale to właśnie ta energia koncertowa napędza nas, zarówno w studio, w procesie komponowania piosenek, jak i poza nim. Nasza muzyka zawsze oscylowała w wysokoenergetycznych rejonach i myślę, że to się szybko nie zmieni.

musicis.pl: Czy pomaga to, że znacie się od dawna?
Morten:
Tak, ja, Martin i Silas zaczęliśmy grać razem już jako nastolatkowie, a Anders dołączył do nas cztery lata temu, ale znaliśmy się z liceum. Właściwie to z Martinem i Silasem przyjaźniliśmy się już w podstawówce, więc znamy swoje osobowości dosyć dobrze. To czasami pomaga w procesie tworzenia, dzięki czemu nie ma niepotrzebnych nieporozumień. Chodzi nawet o to, że nie musimy jakoś szczególnie wyrażać swoich humorów – jeśli widzimy, że ktoś danego dnia ma muchy w nosie, to od razu mówimy sobie: „okej, on dzisiaj nie ma ochoty nagrywać”. Oczywiście czasami fakt, że znamy się tak długo może przeszkadzać, kiedy zespół staje się za bardzo podobny do rodziny. Wtedy można łatwo złapać się na tym, że utknęliśmy w przypisanych już rolach, coś w stylu :„ty będziesz młodszą siostrą, a ty starszym bratem” (śmiech). Jeśli poznajesz nowych ludzi, to starasz się być otwarty i elastyczny, bo tak naprawdę nic o nich nie wiesz, i wtedy starasz się dowiedzieć jak pracują i do tego się dopasować. Staramy się unikać takiej stagnacji, ale często automatycznie wraca się do tej roli w grupie, do której jesteś przyzwyczajony od podstawówki. Teksty pisze Silas, ale wiem, że on też ma do tego nietypowe podejście. Na przykład tekst do „On My Side” został zainspirowany snem, który opowiedziała mu jego dziewczyna. Tak czy siak, dobrze jest wiedzieć, czego możemy oczekiwać od zespołu, bo wszyscy lubimy sposób w jaki razem działamy, piszemy muzykę i interpretujemy dobre pomysły.

musicis.pl: Jak dobrze naoliwiona maszyna. Która zresztą ma bardzo wierną bazę fanów w Polsce. Jak myślisz, z czego to wynika, że Wasza muzyka tak dobrze rezonuje na polskim rynku muzycznym?
Morten:
Oprócz tego, że lubią nas polskie rozgłośnie radiowe, za co jesteśmy bardzo wdzięczni, to mam wrażenie, że nasza muzyka ma po prostu jakąś świeżą, uderzającą energię, która przemawia do Polaków. Nie żebyśmy byli zespołem hardrockowym, ale na scenie nasze kawałki często brzmią o wiele ciężej, są grubsze dźwiękowo i bardziej hałaśliwe. Masywny bas, dużo beatów, a jednocześnie przyswajalne melodie – myślę, że takie połączenie jest po prostu popularne w Polsce i pomaga nam wybić się z rzeszy innych zespołów. Inna sprawa, że z polską publicznością po prostu bardzo łatwo się połączyć podczas koncertu.

musicis.pl: Okej, trochę za dobrze sobie radzisz z odpowiedziami, przejdźmy do trudniejszych pytań. Jak wygląda komponowanie i aranżowanie muzyki w Turboweekend – jesteście zespołem demokratycznym, czy ktoś jednak ma nad wszystkim despotyczną władzę?
Morten:
Przede wszystkim nigdy nie mieliśmy producenta z zewnątrz, chociaż nie wykluczamy zatrudnienia kogoś takiego w przyszłości. Nad komponowaniem i produkcją raczej pracujemy wspólnie – najczęściej jeden z nas przynosi jakiś pomysł, po czym idziemy z tym do naszego studio. Czasami nagrywamy wszystkie ślady naraz, tak, żeby zachowana została ta koncertowa energia, a innym razem pracujemy warstwami – oddzielnie bas, bębny, klawisze. Później możemy to ciąć i organizować inaczej w poszukiwaniu najlepiej działającego układu. Tak naprawdę mieszamy różne metody, a przy tym jesteśmy zespołem bardzo demokratycznym. Każdy ma wkład w pisanie piosenek, ale nie mamy ułożonej jakiejś magicznej formuły na ich powstawanie i produkcję.

musicis.pl: Aktualnie pracujecie nad nowym, czwartym już albumem – czy prace nad nim wyglądają podobnie, czy postanowiliście coś zmienić?
Morten: Jesteśmy we wstępnej fazie pisania materiału, więc wszystko na razie jest dosyć nieokreślone. Spotykamy się i jammujemy, z czego wychodzą bardzo różne rezultaty – od bardzo hałaśliwych, dziwacznych rzeczy po dosyć przystępne i melodyjne piosenki. Jeszcze nie wiemy w którą stronę to wszystko zmierza, więc na tym etapie mamy dużo wolności – wszystkie chwyty są dozwolone (śmiech). Po powrocie z kwietniowej trasy planujemy pozbierać te wszystkie rozrzucone fragmenty i skupić się na segregacji tych, które są najlepsze i mogłyby stworzyć spójny album. Prawdopodobnie, jak zwykle, wybierzemy około piętnaście-dwadzieścia najlepszych kawałków, doszlifujemy je i z tego wybierzemy pulę dziesięciu-jedenastu piosenek, które wejdą na płytę.

musicis.pl: Czyli w normalnym trybie pracy uzyskujecie też dużo utworów, które nie wchodzą na płytę? Co się z nimi dzieje? Myśleliście o wydaniu ich?
Morten: Tak, zawsze zostaje nam mnóstwo materiału, około połowy. Niektóre z nich są już dokończone, potrzebują tylko ostatnich szlifów. Zastanawialiśmy się już nad tym, czy nie pokazać ich światu, ale teraz chyba jeszcze nie nadszedł ten moment. Może któregoś dnia znajdziemy te wszystkie osierocone piosenki i zrobimy z nimi coś ciekawego, ale najczęściej lepszym rozwiązaniem jest pisanie nowego materiału, który bardziej przystaje do nastroju chwili i posiada tę świeżą energię, o której tak dużo dzisiaj mówię (śmiech). Poza tym, myślę, że jesteśmy dosyć dobrzy w wybieraniu tego, co najlepsze i co tak naprawdę powinno zostać wypuszczone w świat. Często szkic, który składa się tylko z rytmu zagranego na perkusji i riffu gitarowego przemawia do nas o wiele bardziej niż czterominutowa, prawie gotowa piosenka, która nie posiada „tego czegoś”. Wtedy naturalną koleją rzeczy zaczynamy pracować właśnie nad szkicem, mimo, że łatwiej byłoby dokończyć te cztery minuty, które już mamy. Jakość, nie ilość.

musicis.pl: Wasz ostatni album, „Fault Lines”, wydaje się być nieco pogodniejszy w tonie i bardziej organiczny, instrumentalny niż dwie pierwsze płyty, czy to był zamierzony efekt?
Morten:
To wyszło dosyć naturalnie, ale przed wejściem do studia dużo rozmawialiśmy o tym jak chcemy nagrać perkusję, klawisze czy bas. Wyszło tak, że właściwie cały album nagrany jest prawie jak płyta koncertowa, bez użycia wielu warstw. To sprawia, że po dodaniu chórków i pomniejszych elementów, muzyka na nim zawarta brzmi świeżo, ma tego koncertowego kopa i brzmi naturalnie. Możliwe, że na nowej płycie użyjemy tego podejścia przy kilku numerach, a w innych znowu wykorzystamy automaty perkusyjne, loopy i bardziej warstwową budowę. Oczywiście mówię o tym, co aktualnie dzieje się w studio, bo jak to będzie wyglądało ostatecznie nie wiemy nawet my.

musicis.pl: Czy muzyka, której obecnie słuchacie ma jakiś wpływ na to, co powstaje gdy piszecie własne piosenki?
Morten: Muzyka, której słucham w tym momencie różni się dosyć mocno od tego, co gramy z Turboweekend, jest tam dużo Beatlesów, rocka z lat siedemdziesiątych. Jeżeli mnie to w jakiś sposób inspiruje to na pewno nie usłyszysz bezpośredniego przełożenia w naszej muzyce. Trzeba jednak pamiętać, że jest nas czterech i każdy z nas słucha czego innego, więc to co słychać na albumach jest pewnego rodzaju hybrydą naszych gustów. Osobiście lubię chwytliwe melodie oraz muzykę, w której słychać emocje i to pewnie jest najbardziej oczywisty punkt styczny między tym, czego słucham a Turboweekend. Oczywiście lubię grać trochę bardziej skomplikowane linie basowe niż monotonne „du-du-du-du” (demonstruje szeroką gamę przykładów). Nie mamy w zespole gitar, więc tylko Anders i ja odpowiadamy za harmonie w muzyce, więc czasami wymieniamy się rolami, albo Anders gra linie basowe na przesterowanym syntezatorze, a ja dogrywam partie gitary. Nie szufladkuję się jako tylko i wyłącznie basista. Całe „On My Side” z ostatniej płyty jest nagrane w ten sposób. Lubimy używać instrumentów w inny sposób niż zostały do tego stworzone (śmiech).

musicis.pl: Czyli to, co wychodzi ze studio najczęściej jest niespodzianką nawet dla Was samych, zgadza się?
Morten: Zdecydowanie tak, i tak chyba powinno być – drobiazgowe planowanie tak spontanicznej jak nasza muzyki nie miałoby większego sensu, bo w procesie nagrywania płyty i tak wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. Jeśli jesteś dobry w połączeniu tej otwartości z umiejętnością skoncentrowania się na pracy i jeśli w studio panuje przyjazna atmosfera, to dobre kawałki same wyskakują spod palców. Możliwe, że dlatego właśnie ostatni album brzmi bardziej radośnie – z powodu tego, jak wesoło nam było podczas pracy nad nim. Pomysł na nową płytę jest nieco inny, ma być trochę mroczniejsza i mieć więcej pazura. Nie chcemy, żeby było tak łatwo jak przy „Fault Lines”, nowy materiał ma być mniej komfortowy dla słuchacza.

musicis.pl: Czy granie w tak popularnym jak Turboweekend zespole wpłynęło jakoś na Wasze życie prywatne?
Morten: Pod tym względem jestem szczęściarzem, bo mam bardzo wyrozumiałą dziewczynę (śmiech). Sama jest osobą kreatywną i potrafi docenić pracę, jaką wkładam w zespół, na tej płaszczyźnie wszystko mi się układa. Jest ona zresztą zamieszana w prace nad oprawą graficzną naszych albumów, więc wie dokładnie co i jak. Jedyną rzeczą z jakiej musiałem zrezygnować z powodu muzyki były studia, w pewnym momencie musiałem zdecydować na czym bardziej mi zależy. Zresztą jeśli w którymś momencie życia rozejdą mi się drogi z muzyką, to zawsze mogę do tego wrócić, dokończyć studia i zostać nauczycielem w podstawówce. Aktualnie nie jest to możliwe, bo nie mam jak połączyć zajęć i egzaminów z pracą w studio i koncertami. Wolę robić coś porządnie, niż mieć wyrzuty sumienia, że żadnej z tych rzeczy nie poświęcam wystarczająco dużo czasu. Poza tym uważam, że teraz jest nasz czas, Turboweekend rozpędza się niczym kula śnieżna, więc wszyscy chcemy poświęcić temu sto procent naszej uwagi. I to działa – może nie jesteśmy bogaczami, ale robimy to co lubimy, wiedziemy normalne życie, dużo podróżujemy. Tak najwyraźniej miało być. Wszystko związane z zespołem jest też coraz bardziej ekscytujące – w najbliższym czasie mamy odwiedzić Polskę, Niemcy, Szwajcarię i Austrię…

musicis.pl: Uprzedziłeś moje pytanie! No właśnie – trzy koncerty w Polsce, a nie jest to już dla Was pierwszyzna.
Morten: Co tu dużo mówić – uwielbiamy grać w Polsce, a polska publiczność najwyraźniej w jakiś sposób odwzajemnia nasze uczucia (śmiech). Nie możemy się już doczekać tej trasy.

musicis.pl: Z trochę innej beczki – wydaje się, że macie tradycję samodzielnego kręcenia teledysków, zrobiliście sami „Into You”, „Holiday”, a teraz „On My Side”. Czy chodzi o samą przyjemność jaką z tego czerpiecie, czy może wyznajecie filozofię DIY (Do-It-Yourself)?
Morten: Zdecydowanie wierzymy, że DIY to droga naprzód, w końcu większość zadań związanych z naszą muzyką od zawsze bierzemy na swoje barki. Inna sprawa, że często nie mamy pieniędzy na profesjonalne klipy z efektami specjalnymi niczym z Hollywood. „Holiday” nakręcił właściwie nasz przyjaciel, Jakob Printzlau, który zrobił też klipy do „After Hour”s i „Trouble Is”. Zrobiliśmy to na minimalnym budżecie, kręcąc ręczną kamerą z tyłu jego samochodu i wykorzystując nasze pomysły wymieszane z jego wizją ludzi w maskach zespołu. To był piękny dzień w Kopenhadze, więc uzyskaliśmy świetne zdjęcia. Uważam, że jeśli ma się pomysł, to trzeba go zrealizować samemu – po prostu wziąć się w garść i to zrobić.

musicis.pl: Czy pomysły na teledyski pochodzą głównie od Was, czy może wykorzystujecie też to, na co wpadną profesjonaliści?
Morten: Bywa różnie, „Holiday” było oparte głównie na pomyśle Jakoba, ale już wideo z imprezą przy świetle ultrafioletowym z fanami kręcącymi koncert do „On My Side” wymyślił Silas. Ciężko mi teraz przypomnieć sobie pomysłodawców reszty klipów, ale najczęściej staramy się mieć jakiś wkład w ich powstawanie. Najnowszy z nich powstał do numeru „Neverending” z ostatniej płyty i on z kolei interpretuje tekst piosenki. Opowiada o tej parze młodych ludzi, którzy żyją w świecie opanowanym przez staruszków, po czym okazuje się, że jest na odwrót. Starsze osoby, które występują zamiast nas w klubie to tak naprawdę nasi rodzice. Jeśli dobrze się przyjrzysz, to zauważysz, że mój tata gra na moim basie, tata Martina na jego zestawie perkusyjnym i tak dalej – to był naprawdę zabawny dzień. Obserwowanie naszych rodziców, którzy mogą przez chwilę poczuć się gwiazdami obudziło w nas nawet nutkę nostalgii. Mój tata właśnie skończył 70 lat i obserwowanie go na tej scenie było właściwie bardzo rozczulające. Myślę, że część tej nostalgicznej atmosfery została przekazana w samym wideoklipie i takie emocje chcemy też przekazywać na następnej płycie.

musicis.pl: Czekamy w takim razie na nowy materiał, a w międzyczasie będziemy mogli się cieszyć Waszą mini trasą koncertową po Polsce. Dzięki za wywiad!
Morten: Dzięki i mam nadzieję, że do zobaczenia na koncertach!

Nie ma więcej wpisów