Urodził się w Wellington, w Nowej Zelandii, w 1989 roku. W wieku osiemnastu lat przyjechał na stary kontynent, aby zamieszkać w Londynie. Tam rozwijał swoje muzyczne talenty i poszukiwał swojego indywidualnego stylu. Wokalista, gitarzysta i producent. Stara się odświeżyć nieco zapomnianego rock’n’rolla i ponownie wyprowadzić go na salony. Wskrzesza ducha króla Elvisa i okrasza go nowoczesnym stylem, godnym najlepszych hip-hopowych producentów.

Willy Moon w 2010 roku pokazał światu swój pierwszy utwór – I Wanna Be Your Man. Dzięki portalowi MySpace został zauważony przez wytwórnię Island Records, z którą podpisał kontrakt. Z czasem nagrywał dla Luv Luv Luv Records. Szybko zyskał zainteresowanie prasy. Zdobył tytuł osoby, którą warto obserwować nadany przez magazyn The Guardian, a Q Magazine ogłosił go jedną z twarzy roku 2012. Największym zaszczytem dla młodego artysty był fakt, że sam Jack White został jego największym fanem. Zaprosił go na swoją trasę koncertową i został wydawcą singli Railroad Track czy Bang Bang.

Oprócz muzyki, Willy stawia duży nacisk na swój wygląd i to jak jest postrzegany w mediach. Czarno-białe sesje zdjęciowe i dobrze dopasowany garnitur to jego znaki rozpoznawcze. Stylem podkreśla swoje muzyczne inspiracje. Przywołuje tym wspomnienia o latach 50. i 60.

Punkt kulminacyjny w swojej karierze zawdzięcza temu, że stworzył piosenkę Yeah Yeah, a ta została zauważona przez marketingowców od słynnego jabłuszka – firmy Apple. Utwór został wykorzystany w reklamie iPodów i dzięki temu trafił do szerszego grona odbiorców. Utwór jest krótki, choć świetnie napisany. To jest właśnie jeden z głównych znaków rozpoznawczych Moona. Artysta sam przyznaje, że stara się tworzyć utwory proste, krótkie, lecz konkretne.

9 kwietnia miał premierę debiutancki album Nowozelandczyka – Here’s Willy Moon. Przy jego tworzeniu inspirował się starym rockiem, rock’n’rollem i punkiem. Starał się mieszać te gatunki i czerpać z nich jak najwięcej. W style, które są dobrze znane słuchaczom, tchnął nowoczesnego ducha. Dzięki temu zyskał unikalne brzmienia, po których nietrudno go rozpoznać. Pomimo tego, że płyta trwa niecałe 30 minut, to Willy’emu udało się zmieścić na niej aż 12 utworów. Na krążku nie ma miejsca na zbędne dźwięki, co czyni go naprawdę dobrym.

Nie ma więcej wpisów