Pupile brytyjskich mediów, fani Depeche Mode, dandysi w eleganckich garniturach i włosach gładko zaczesanych do tyłu. Trzy lata temu narobili zamieszania singlem Wonderful Life, który przemawiał zarówno do fanów Pet Shop Boys, jak i zasłuchanych w Rihannę nastolatek, ale po wydaniu całego albumu zdołali zatrzymać przy sobie tylko tę młodszą publiczność.

Dlaczego? Dlatego, że Stay bardziej przypomina wspólne poczynania Timbalanda i One Republic, niż intrygujący, ambitny pop, a cały album z bardzo nielicznymi wyjątkami lekko zalatuje kiczem.

Nad produkcją Exile czuwał ten sam producent, Jonas Quant, jednak zespół twierdzi, że zarówno on, jak i oni wydorośleli jako artyści od czasu debiutu, a oprócz oczywistych inspiracji, takich jak Depeche Mode czy Tears for Fears, na nowym krążku powinniśmy usłyszeć echa Nine Inch Nails. Brzmi to imponująco, chociaż tylko w teorii, bo w rzeczywistości w najmocniejszych kawałkach Hurts bliżej do Muse, niż geniuszu Reznora.

Zacznijmy jednak od początku. Otwierający płytę tytułowy Exile faktycznie kusi obietnicą czegoś nowego. Pulsujący bas podszyty delikatną elektroniką i gitary, które przywodzą na myśl najlepsze manchesterskie wzorce, pozwalają wierzyć w zapewnienia o artystycznej dojrzałości. Problem w tym, że singlowy hymn Miracle psuje to dobre pierwsze wrażenie. Patetyczność wręcz wylewa się z tego kawałka, a dramatyczny tekst (but I hope, I pray and I will fight, ’cause I’m looking for a miracle lub if you offer salvation, I will run into your arms) wzbudza politowanie względem osoby autora.

Podobnie sprawy się mają z Blind – gładkie, nienagannie wyprodukowane beaty znowu kojarzą się z Timbalandem, a falset Theo Hutchcrafta uskarżającego się na złamane serce sprawia, że ponownie mu współczuję. Bynajmniej nie z powodu sercowych problemów, ale dlatego, że napisał tak banalny tekst. Mocniejsze uderzenie przychodzi w The Road, wreszcie robi się hałaśliwie, brudno, a w głosie Hutchcrafta po raz pierwszy na tym albumie można usłyszeć energię. Nie jest to jeszcze Nine Inch Nails, ale postęp słychać. Bardzo łatwo za to można zidentyfikować artystów, którzy posłużyli za inspirację do Cupid. Powiedziałabym, że aż zbyt łatwo. Depeche Mode są wzorem godnym naśladowania, problem w tym, że Hurts przekroczyli granicę pomiędzy czerpaniem inspiracji a kopiowaniem, a tego się nie wybacza.

Mercy to ostatni z trzech mocniejszych kawałków, potem ich energia gaśnie i na powrót stają się bezbarwni oraz mało wyraziści. Jednym z nielicznych plusów na Exile jest większa obecność gitar w porównaniu z poprzednim krążkiem. Gitarowa solówka jest pięknym zwieńczeniem Help, na tyle uroczym, że warto było przejść przez co najmniej osiem kiepskich kawałków, żeby to usłyszeć.

Krótkie przebłyski talentu nie czynią z Hurts dobrego zespołu. Theo Hutchcraft i Adam Anderson w swoich najlepszych momentach są tylko marną kopią innych artystów, nawet okładka Exile podejrzanie przypomina sposób w jaki Pet Shop Boys zawsze lubili pozować do zdjęć. Dodatkowo, na nieszczęście Hurts, ci z których kopiują najwięcej właśnie wydali nowy krążek i różnica jakości jest miażdżąca.

Nie ma więcej wpisów