Shlohmo (Henry Laufer), wie jak wykreować dobry hype wokół siebie. Debiutował w 2010 roku albumem Shlomosun, jednak bardziej należałoby tę płytę uznać za licealny wyskok, niż dzieło, którym można utorować sobie drogę do Boiler Roomów. Rok później wypuścił Bad Vibes, które zebrało wyłącznie pozytywne recenzje. Od tamtego czasu regularnie daje o sobie znać, remiksując utwory Nicolasa Jaara, The Weeknd, wypuszczając EP-kę Vacation czy garść mixtape’ów, m.in. dla Resident Advisor czy Factmag. Wychodząc poza odbębnienie kolejnych pozycji z dyskografii, Shlohmo należy do enigmatycznego kolektywu WEDIDIT, tworzonego przez bandę  przyjaciół Laufera jeszcze z czasów licealnych. Należą do niego D33J czy Ground Is Lava. Ich idee krystalizowały się powoli. Początkowo chłopaki chcieli się jedynie dobrze bawić, dlatego ich wolny czas wypełniało szlajanie się po południowo-zachodnim LA i rzucanie w ludzi zdaniami, za które nie mogli się obrazić, typu: Hey, nice dog, I like your hat. Taki go-offensive-shit na haju. Dopiero potem pojawiła się muzyka, która dzisiaj jest wielkim eksperymentalnym polem dla nich wszystkich.

Laid Out zaczyna się emocjonalnym ekshibicjonizmem z Tomem Krellem na wokalu, któremu wtórują chmurne pasaże synthów i gęsty beat. Mglistym przedłużeniem atmosfery z Don’t Say No jest Out of Hand, gdzie na pierwszy plan zostaje rzucony element, który będzie pojawiał się już do końca EP-ki – zsamplowany wokal, który formuje linię melodyczną. Mało albumów posiada dziwną cechę, polegającą na tym, iż definiuje je jeden element. Może to być trąbka, linia basu czy wokalny akcent w jakiejś frazie, cokolwiek. Przy czym słowo definiuje nie oznacza streszcza, kompiluje. Jest to po prostu element, dzięki któremu zapamiętujemy dany album. W przypadku Laid Out jest to wokalny sampel napędzający Later. Zamykające Without, które rozpoczyna się przyspieszonym tykaniem zegara ustawiającym tempo zwrotki, jest syntezą poprzednich utworów: gęstych bassów, perlistych klawiszy, spreparowanych wokali, świdrujących hi-hatów.

Bad Vibes było albumem pełnym organicznych dźwięków, zanurzonych w lo-fi pogłosach. Dominowały pogodne melodie, była gitara, był leftfield w postaci ptasich ćwierkotów, było całkiem ludzko jak na tagi electronic, downtempo. Na Laid Out słychać wypolerowane Abletonem utwory z misternie utkanymi harmoniami. Ta zmiana nie dziwi, biorąc pod uwagę kontekst powstawania Bad Vibes. Zamknięty Henry w swoim pokoju nagrywa i wie, że to dla niego trochę być albo nie być. Studia rzucone, a na życie jakoś trzeba zarabiać. Głupio brać na czynsz od mamy. Kolejne wydawnictwa są już generowane na bazie sukcesu. Nie mówię, że Shlohmo kupił sobie lepszy sprzęt, a chmurki szumu jako składowa brzmienia szybko się znudziły. Po prostu nie przestał się rozwijać. Kilka dni temu wypuścił nagrane z Jeremihem, Bo Peep (Do U Right), które chyba przewyższa nawet wcześniej wspomniane Later.

Shlohmo jawi się jako wyluzowany koleżka z dzielni, z którym nadal możesz za rogiem wyjarać jeszcze jednego blanta, pogadać o tym, że zamknęli Maca na rogu, czy poskarżyć się na dziewczyny, które zaczęły chodzić na Nickerson Gardens, żeby spotkać przypadkiem niezrównoważonego seksualnie Flying Lotusa. Muzyka Shlohmo to krótkie wycinki z życia, w których zaklęte są niepozorne historie wyrwane z kontekstu monotonnych dni. Opowieść o pączkach z mlekiem jedzonych na prędko u babci, o miłości do odśnieżania, o poszukiwaniu dobrej wiksy na mieście. Cokolwiek. Gloryfikacja momentu.

Nie ma więcej wpisów