Słuchając Cold War Kids kilka lat temu po raz pierwszy, zespół urzekł mnie swoim surowym brzmieniem pozbawionym upiększaczy. Wtedy nie powiedziałbym, że mogą nagrać album taki jak Dear Miss Lonelyhearts. A jednak. Kalifornijczycy nową płytą przeszli jednak na inny poziom. Poziom przebojowości.

Już na poprzednim krążku, Mine Is Yours, muzycy pokazali tendencje do odejścia od klimatu albumów Robbers & Cowards i Loyalty to Loyalty. Pierwsza piosenka, singlowe Miracle Mile, zapowiada nastrój całego krążka. Jest skocznie, a refren utworu jest pierwszym (nie ostatnim), który wbija się w uszy. W Lost That Easy zespół nie zwalnia tempa, a w zwrotkach Tuxedos wokalista Nathan Willett wypluwa kolejne wersy w sposób podobny do Prince’a.

Cechą charakterystyczną Cold War Kids były partie pianina. Na nowym albumie jest ich mniej. Usłyszymy za to więcej elektronicznych klawiszy jak w Loner Phase czy Botteled Affection.

Na Dear Miss Lonleyhearts mam kilka ulubionych momentów. Pierwszym jest wspomniane Miracle Mile. Kolejnym – marszowe i psychodeliczne – Fear & Trembling. Największe wrażenie zrobił na mnie utwór Jailbirds. Piosenka jest oparta na genialnym klawiszowym motywie, który w refrenie (również zapadającym w pamięć) dopełnia przesterowana gitara z dużą ilością pogłosu.

Końcówka albumu to trzy lżejsze piosenki, z których najlepszy jest kawałek tytułujący cały album. W Dear Miss Lonleyhearts kluczową rolę gra uspokajająca perkusyjna partia wędrująca przez całą panoramę.

Ten album to dziesięć piosenek, z których każda mogłaby być singlem i każda mogłaby z powodzeniem walczyć o wysokie miejsca na listach przebojów. Na szczęście odejście zespołu, a raczej ewolucja w kierunku popowej odmiany indie-rocka nie zabija ich autentyczności. Zachowując proporcje w popularności zespołów, Dear Miss Lonleyhearts jest dla Cold War Kids czymś jak Only By the Night dla Kings of Leon.

Nie ma więcej wpisów