Trudno powiedzieć co jest najważniejszym czynnikiem, który sprawia, że Nostalchic staje się albumem tak pełnowymiarowym, pochłaniającym i zaspokajającym. Można stwierdzić, że nie trzeba specjalnego pretekstu, aby wysłuchać wykonawcy wytwórni Brainfeeder. W końcu już sama postać Flying Lotusa jako mentora gwarantuje ciekawe doznania. Tym bardziej, jeśli jego podopieczny pobrał od niego niezbędną wiedzę pomagającą tworzyć muzyczne pejzaże pełne specyficznej aury, ekstrawagancji.

Dla innych pewnie lepszą rekomendacją będzie przywołanie tutaj postaci Nitina Sawhneya czy nawet pewnej złowrogiej mechaniki DJ-a Shadow (zawodzenie starego gramofonu i plumkające akordy Guuurl). A jeśli dodać do tego podobieństwo do tworów The Gaslamp Killer, które Lapalux przewyższa o głowę (a nawet bardziej), to motywacja do sięgnięcia po jego debiut wydaje się wyraźna i uzasadniona. Jednak wymienianie nazwisk, do których można porównać glitch-hopowe wydawnictwo Stuarta Howarda, nie wystarczy, żeby je docenić.

Dość wstydliwy, ukryty pod kapturem Anglik jest na dobrej ścieżce do zawojowania muzycznego świata wszelkiej elektroniki, gdyż wydaje się być elastyczny, intuicyjnie porusza się w odcieniach elektronicznego gatunku, siejąc najróżniejsze wrażenia i odczucia. Sięga więc po klasykę soulowego brzmienia i za sprawą świetnego, nieco łamiącego się głosu Kerry Leatham, tworzy z Without You perełkę downtempo. Chwilę wcześniej dość nieśmiało odnosi się do folkowego brzmienia Bona Ivera, który łączy z wokalną mieszanką rapu, wokaliz i głosowych deformacji (Kelly Brook), na koniec zostawia natarczywą perkusję i jazzowe trąby (The Dead Sea).

Wszystko to wplata oczywiście w taneczne i melancholijne podkłady R&B, które często wymykają się etykietom. Co jednak ważne, Nostalchic nie jest chaotyczne – to nie nagłe skoki stylistyczne niemające większego znaczenia, ale prawdziwe, niemal płynące, swobodne przenikanie się różnych czynników. To jednak można dostrzec przy częstszym przesłuchiwaniu tego albumu od początku do jego ostatniego utworu. Inaczej można jedynie zachłysnąć się poszczególnymi elementami – muzyki house (Swallowing Smoke), fragmentami iście pościelowymi (Dance z udziałem Astrid Williamson) czy ładunkiem energii i zmysłowością godną przyrównania do singla Eclipse/Blue Nosaj Thing. Taki właśnie jest One Thing z nieskazitelnym wokalem Jenny Andrews.

Trudno tu jednak wymienić utwory, które wywołują największe emocje. Płyta Howarda jest kalejdoskopem – strukturą słów, dźwięków i obrazów, którą najlepiej jest chłonąć w całości. Jeśli więc ktoś już stęsknił się za Stevenem Ellisonem, to może spędzić czas z Lapaluxem. To nawet wskazane.

Nie ma więcej wpisów