Jak kiedyś ktoś bardzo słusznie zauważył, banały są banałami nie dlatego, że są fałszywe i stereotypowe, ale właśnie z powodu swojej powszechnej i uniwersalnej autentyczności. Fraza cudze chwalicie, własnego nie znacie jest jednym z najbardziej wyeksploatowanych zdań, które można znaleźć w artykułach na temat rodzimych artystów, a jednak to status quo na polskim rynku muzycznym zmienia się bardzo powoli. Tymczasem polscy artyści konsekwentnie kontynuują wydawanie innowacyjnej i pełnej nietuzinkowych rozwiązań muzyki.

Jednym z tych działających na uboczu i nie szukających specjalnie rozgłosu kompozytorów jest Stendek, który wydał album Touch. Od razu należałoby tu zaznaczyć, że zawarta na nim muzyka nie odwołuje się prawie w żaden sposób do popowej wrażliwości. Touch powinno się przesłuchiwać w skupieniu, tak, aby nie uronić żadnego smaczku czy ciekawego dźwięku. A tych na płycie znaleźć można multum – dzięki użyciu przez Macieja Wojcieszkiewicza sampli pozyskanych metodą field-recordingu czy szerokiemu użyciu zmieniających dźwięki nie do poznania efektów entuzjaści elektronicznych eksperymentów nie znudzą się przy niej ani na chwilę.

Zbudowane z nawarstwionych, pociętych i niemiłosiernie poskręcanych sampli oraz przypominających syntetyczne trąby syntezatorów kompozycje płynnie przechodzą jedna w drugą. Touch słucha się jak jednej długiej suity. Tak naprawdę trudno jest zapamiętać, który utwór nosi jaki tytuł i w którym momencie płyty się pojawia – to może być jeden z niewielu zarzutów, jakie da się postawić muzykowi przy okazji nowej płyty. Gdy przymkniemy na to oko i damy się porwać w wir tekstur, arytmicznych eksperymentów i poszatkowanych sampli wokalnych (niektóre z nich pochodzą np. z płyt Britney Spears), to zauważymy jedną prawidłowość, która spaja je wszystkie w znakomity monolityczny album. Stendek ma po prostu rękę do pisania wspaniałych melodii i tego awangardowego materiału, który w wydaniu innego eksperymentatora mógłby okazać się niestrawny, w wersji Wojcieszkiewicza słucha się znakomicie. Trudno pisać o tej płycie, przywołując konkretne utwory, ale najbardziej w pamięci zostają otwierające płytę Divinorum oraz końcowy utwór tytułowy – niewykluczone, że samo ich umiejscowienie na płycie jest również świadomym zabiegiem autora.

Można by w nieskończoność zachwycać się, w jaki sposób w Joy Valley i Yume Stendek wymyśla na nowo relaksujące elektroniczne brzmienie oraz chwalić połamane jak staruszka z osteoporozą Untitled czy wzniosłe We Don’t Live. Ja jednak, zamiast ślęczenia nad komputerem, wolę znowu zapuścić sobie Touch i to polecam także Wam – oderwijcie wzrok od tego tekstu i kupcie sobie ten album, nie pożałujecie.

Nie ma więcej wpisów