Oni potrafią zrobić z koncertu ogromne show! Potwierdzi te słowa każdy, kto choć raz trafił na występ brytyjskiego trio Muse. Jednym podoba się takie efekciarstwo bardziej, innym mniej, niemniej jednak z trasy na trasę muzycy z Devon nie odpuszczają i próbują przeskoczyć poprzednie swoje dokonania powiększając sceny i dokładając kolejne efekty specjalne.

Były już wielkie anteny czy też radary (jak zwał, tak zwał) na trasie, w trakcie której nagrano koncertowe DVD H.A.A.R.P. Były ruszające się trzy wieże promujące The Resistance (po jednej dla każdego muzyka), była też masywna scena stadionowa z 2010 roku, którą trudno do czegoś konkretnego porównać. Były plastry miodu, które jeździły z Muse na każdy występ festiwalowy. W końcu, w  trakcie ostatniej trasy związanej z albumem The 2nd Law, muzycy postawili na wielką, złożoną z niemal samych ekranów ruchomą piramidę, zawieszoną tuż nad ich głowami, która z trakcie koncertu zmieniała swoją konfigurację niezliczoną ilość razy. Ciągle mało? Najwidoczniej tak.

Jesteśmy teraz po pierwszych koncertach wielkiego Summer Stadium Tour, a zespół już zdążył wystraszyć mieszkańców Coventry oraz fanów wybierających się na otwierający trasę koncert, umieszczając na Twitterze zdjęcie ukazujące stadion, na którym miał odbyć się koncert, w płomieniach… Jak się szybko okazało, były to jedynie próby efektów pirotechnicznych… tak właśnie – pirotechnicznych. I nie, nie kończą się one na zimnych ogniach – nie tym razem.

Matt Bellamy i spółka postanowili uświadomić wszystkim na świecie, że to oni i tylko oni są największym zespołem koncertowym świata. Nowa scena, wyglądająca nieco jak ogromna fabryka, która zjedzie z nimi wielkie stadiony (niestety, na nasz Stadion Narodowy póki co się nie wybiera) to zdecydowanie największa i najbardziej efekciarska spośród wszystkich, które było nam dane oglądać. Megalomania Bellamy’ego znalazła w końcu swoje ujście, bo chyba już niczym więcej nie mogą nas Muse przytłoczyć. Tak więc obecnie możemy prócz zespołu podziwiać akrobatkę wyskakującą z latającej żarówki, wielkie, zionące żywym ogniem kominy, dzięki którym scena wygląda jak fabryka, w końcu możemy także poznać kilkumetrowego robota o imieniu Charles. Jakby tego było mało – jeżeli bardzo by się postarać – jest możliwość złapania w trakcie utworu Animals banknotu o nominale 20 Muso, czyli jednego z fragmentów confetti, które za sprawą specjalnej strony internetowej są w stanie odblokować kolejne bonusowe materiały związane z trasą koncertową. Wszystkie wymienione przeze mnie atrakcje (oprócz Muse-banknotów) możecie zobaczyć na plejliście powyżej.

Podsumowując to wszystko sama już nie wiem co Muse chce takimi zabiegami osiągnąć? Mogę sobie narzekać, ale i tak wiem, że w lipcu w Berlinie będę piszczeć z zachwytu na każdy z tych kiczowatych efektów, znów nie będę wiedziała na czym skupić swój wzrok, ale i tak będzie mi się podobać. Chociaż fakt, że Matt bardziej stara się przemienić w nową wersję Bono, a z koncertu zaczyna się robić mały cyrk zdaje się być nieco smutny. Może na kolejnej trasie Muse nas kompletnie zaskoczą i scena pozostanie po prostu sceną? Ja sobie tego serdecznie życzę.

Nie ma więcej wpisów