Doceniam artystów, którzy z wszelkich kolaboracji wyciągają to, co najlepsze, a następnie w subtelny sposób przenoszą owe inspiracje na własny muzyczny grunt. Zdecydowanie jest to domena Jona Hopkinsa, którego lista współprodukcji nie ogranicza się do artystów jednego nurtu. Hopkins nie ma problemu, by stawić czoła tak wymagającym dźwiękom, jakie tworzy Brian Eno, delikatnym nutom Imogen Heap czy melancholijnym i bardziej popowym produkcjom Coldplay.

Jest jednak jeszcze jedna rzecz, którą twórca i producent wynosi z tych wszystkich połączeń – chęć tworzenia muzyki stojącej totalnie w opozycji do dotychczasowych kompozycji. Z każdą kolejną płytą otrzymujemy zatem od niego zupełnie nową jakość, której musimy uczyć się na powrót, przyswajać i zastanawiać się, czym dalej zaskoczy nas ten muzyk.

Immunity jest albumem przestrzennym, dedykowany wielkim halom, gdzie akustyka pozwalała będzie w pełni cieszyć się jego brzmieniem. Jest to też płyta budowana na skrajnościach – z jednej strony agresywna i niezwykle rytmiczna (utwory przyjmują charakterystyczny dla techno i tech-house’u 4×4 bit), z drugiej instrumentalna i niespieszna. Z każdym kolejnym odsłuchem coraz bardziej wyczuwalna jest też linia dzieląca pierwsze, techniczne utwory od reszty dosyć kontemplacyjnych produkcji na płycie.

Brudne dźwięki, słyszalne np. w Open Eye Signal, to zasługa klasycznych, analogowych syntezatorów. Kojarzą mi się one z wstępem do płyty Moderata – pulsujący bas uzyskany dzięki efektom typu sidechain. Dalej jednak (Breath This Air) słyszymy motywy charakterystyczne dla Apparata – klaustrofobiczne, ambientowe dźwięki pomieszane z instrumentalną przestrzenią.

W naturze Hopkinsa jest również łączenie muzyki z hałasem otoczenia (krople deszczu opadające na parapet, stukot obcasów, skrzypienie drzwi) oraz z eterycznymi ludzkimi odgłosami (oddech, lekki chóralny śpiew). Dosyć niezwykłym jest wyznanie artysty, że nie chce on budować swoich utworów wyłącznie na wtyczkach i samplach dostępnych w programach do robienia muzyki. Kunsztem dla niego jest poszukiwanie dźwięków naturalnych, jak te wydobyte z pieprzniczki i solniczki. Efekty takiego podejścia do produkcji słyszymy np. w tytułowym kawałku Immunity, na który składają się: delikatne pianino, zapętlone odgłosy otoczenia oraz subtelny wokal King Creosete’a.

Sięgając po Immunity po raz pierwszy, odebrałam ten album jako bardzo ciężką pozycję. Kończąc pisać ten tekst, dochodzę do wniosku, iż jest to jedna z łagodniejszych płyt elektronicznych, jakie ostatnio słyszałam (zwłaszcza jej druga, dosyć osobista część rozpoczynająca się od utworu Abandon Window). Jest więc to chyba ta hopkinsowa odporność – siła i konsekwencja w zmienianiu postawy słuchacza z biernej na czynną.

Nie ma więcej wpisów