Żałuję, że nie byłam na katowickim koncercie Green Day w 2005 roku. Ciekawe, co przyniosłoby porównanie dwóch występów zespołu. Występów oddalonych od siebie o osiem lat, dwie płyty (jeśli liczyć ¡Uno!, ¡Dos!, ¡Tré! jako spójną całość), zmianę trendów i muzycznych inspiracji. Pozostaje mi tylko data 18 czerwca – dzień, w którym Łódź popłynęła na fali pop-punkowego szaleństwa. I na pewno nie utonęła.

Atlas Arena świetnie sprawdza się w przypadku masówek, jednak koncert halowy u zarania lata nie jest dobrym pomysłem. Przypiekające słońce, na niebie ani chmurki – czekanie na koncert mogło dać w kość. Byli jednak tacy, którzy już dzień wcześniej zajęli pozycje bojowe. Wspólnie zamawiana pizza, solidarne przydzielanie sobie numerków i jakoś udało się przetrwać do godziny zero. Kolejka zakręcała się imponująco w kilku miejscach. Wpuszczanie na teren obiektu okazało się najsłabszym elementem organizacji – bez zamieszania się nie obyło.

Później mogło być już tylko lepiej. O opóźnieniach nie było mowy. Support z Baltimore miał na wykorzystanie standardowe 45 minut. Dobrze wywiązał się ze swojej roli – rozgrzał publikę, jednak mógł wywołać skrajne reakcje. Trzynastolatki mogły być zachwycone (nie zdziwiłabym się, gdyby niektórzy przyszli tylko dla All Time Low), gorzej z ortodoksyjnymi pancurami. ATL to zespół idealnie wpisujący się w pop-punkowe klimaty – mają wokalistę o melodyjnym głosie i wyglądzie chłopaka z sąsiedztwa, słodkiego mięśniaka na basie oraz gitarzystę ze skłonnością do błaznowania. Ten ostatni miał akurat urodziny – zamiast świeczek na torcie, były staniki na statywie. W zamian Jack eksponował tylne partie ciała i nie szczędził sprośnych gestów. Nastrój udzielił się również technicznemu, przechadzającemu się po scenie z suszarką na pranie. Bonusem do biletu była lekcja angielskiego, a konkretnie wałkowanie słowa na f przyprawionego o yeah. Skoro już o warstwie tekstowej mowa – nie poddawajcie się, bądźcie sobą i zawsze liczcie na przyjaciół. W setliście nowe przeplatało się ze starym, wszystko jednak było mało zróżnicowane. Trudno uwierzyć, że po wydaniu pięciu albumów chłopakom nie znudziła się jeszcze muzyka spod znaku szortów i czapki z daszkiem. Gdy fani nie starzeją się razem z zespołem, coś musi być nie tak. Całość brzmiała jednak składnie i energicznie – baterie zostały naładowane.

Nie wszystkim to wystarczyło – ochrona miała ręce pełne roboty i nastolatek, nawet między koncertami. Nie było to jednak efektem porządnych młynków czy crowd surfingu. Naczelny bodyguard Kalifornijczyków może nie wyglądał jak Kevin Costner, jednak dbał o bezpieczeństwo z najwyższą troską, powszechną sympatię zyskując sobie przez chłodzenie rozpalonego tłumu wężem ogrodowym. Uprzątnięta po All Time Low scena nie wyglądała zachwycająco – widać nie wszystkim potrzebna jest scenografia na miarę Muse czy AC/DC (światła zrobiły jednak swoje). Upojona dźwiękami Bohemian Rhapsody publiczność ledwie zauważyła zakradającego się na scenę skacowanego, różowego królika. I tak rozpoczęło się wtorkowe szaleństwo – wspólne skandowanie w rytmie Ramones przeszło w motyw przewodni ze spaghetti westernu.

Zaczęło się od 99 Revolutions z trzeciej części trylogii – wyraźny znak, że miał to być koncert promocyjny. Trudno było oprzeć się wrażeniu, że nowe kawałki gaszą emocje wśród widowni, która wyczekiwała American Idiot czy 21 st Century Breakdown. Te płyty wciąż królują w koncertowym dorobku Green Day, jednocząc młodszych i starszych słuchaczy. Niestety, nikły one w setliście, zdając się być jedynie ciekawostką, dodatkiem. Na ¡Uno!, ¡Dos!, ¡Tré! reagowali entuzjastycznie głównie nastolatkowie, jedyni znający dobrze teksty. Muzycy, inspirując się dawnymi brzmieniami, wzbogacili zasób instrumentów – ich klawiszowiec przygrywał również na saksofonie czy akordeonie. Nowe kawałki brzmiały znacznie lepiej niż w wersji studyjnej (co w przypadku większości zespołów jest regułą), a przede wszystkim nie tak płasko. Można do nich potupać nóżką, czasem ponucić, ale szału nie było. Inaczej w przypadku American Idiot, Boulevard of Broken Dreams czy Holiday – hity  z 2004 roku porywały wszystkich, a plastikowe krzesełka na trybunach okazywały się zbędne. Piosenek z kolejnego albumu było znacznie mniej, może dlatego, że nadzieje z prezydenturą Obamy dawno zgasły i nie jest to już tak chwytliwy temat.

A jak z formą Kalifornijczyków? W tej materii trudno się do czegokolwiek przyczepić. Green Day jest zgraną, rozbudowaną i profesjonalną machiną. To wieczni chłopcy, którym jednak nie można odmówić klasy. Ubrani od stóp do głów na czarno, śmigali w trampkach z zawrotną szybkością – warto byłoby kiedyś zliczyć przemierzone przez gitarzystów kilometry. Billie Joe urzekał zielonymi oczami i stadionowym głosem – nawet używki nie pozbawiły go chłopięcego uroku. Mike Dirnt to wciąż czarujący recydywista-romantyk. Najmniej odporny na upływający czas zdawał się być Tré Cool – z jadowicie zielonymi włosami i twarzą poorana zmarszczkami przypominał klauna. Stojący naprzeciw gitarzysty Mike’a mieli więcej powodów do radości niż ci z widokiem na Jasona White’a. Nowy oficjalny członek Green Day musi się jeszcze podszkolić w relacjach z publicznością. Nawet wspierający zespół muzycy zdawali się bardziej kontaktowi. Mike i Billie prześcigali się w zdobywaniu uznania fanów, zręcznie nimi manipulując. Zdolności aktorskich im nie brakuje – przykładem jest choćby King for a Day w towarzystwie obecnego wcześniej króliczka – przebrani muzycy pokładli się na scenie, przechodząc do coverowania klasyków rocka.

Widać było, że panowie świetnie się bawili. Nic dziwnego, osiągnęli w zasadzie wszystko, łącznie z rozbudowaną świtą. Mieli paziów od podawania nie tylko gitar czy ręczników, ale też drinków z palemką czy rozmaitych zabawek. Nastrój przełożył się na hojność Billiego, który wręczył jedną ze swoich gitar zaproszonemu na scenę chłopakowi (zdecydowanie preferował inne, wysłużone wiosło z wizerunkiem Maryjki). Na tym się nie skończyło – wokalista wyrzucał z bazuki koszulki i serpentyny papieru toaletowego. Mike też nie był dłużny – deszcz kostek nie ustawał przez cały koncert, a gitarzysta z satysfakcją obserwował zabijających się o nie gadżeciarzy. Widzowie odwdzięczyli się dwiema akcjami, które choć wypaliły, nie wzbudziły zachwytu zespołu.

Koncert, nastawiony na promocję potrójnej płyty, momentami zdawał się dłużyć i nie pociągać. Widać było, że publiczność jest spragniona hitów i swoich ulubionych kawałków. Ja niektórych się nie doczekałam, mimo pokaźnej setlisty. Zabrakło choćby Warning, Are We the Waiting czy 21 Guns, które świetnie sprawdziłoby się na zakończenie. Zamiast tego, Green Day pożegnali się nowszym Brutal Love, które nie zadowoliło mnie, mimo pięknej kaskady świateł na widowni. Płyty typu American Idiot można byłoby by zagrać w całości i nie znużyłyby. Zespół musi jednak iść do przodu. Póki co, ¡Uno!, ¡Dos!, ¡Tré! sprawdza się najlepiej na kolorowych koszulkach. Podobny kontrast cechował sam koncert – dzieci i rodzicie, nastolatkowie i czterdziestolatkowie, sprane dżinsy kontra markowe ciuchy, a oprócz nich wielu fanów mainstreamowego grania. Wspominając łódzką duchotę, nie sposób wyobrazić sobie kolejny koncert (tak, obiecali, że wrócą). Nie ulega wątpliwości, że w pewnym stopniu zmienią się zarówno fani, jak i zespół. Teraz Green Day oddają cześć staremu rock’n’rollowi – jaki będzie kolejny ruch?

Nie ma więcej wpisów