Portishead to fenomen. Na przestrzeni prawie dwudziestu lat wydali zaledwie trzy studyjne albumy, potrafili zrobić sobie dziesięcioletnią przerwę w nagrywaniu, a ich setlista nadal pozostaje bez zmian z powodu braku nowych kawałków. Mimo to krakowski koncert był wyprzedany, a pod halą ocynowni jeszcze na parę minut przed można było zauważyć desperatów próbujących kupić bilet.

Brytyjczycy zaczęli dość tradycyjnie – od Silence. Perfekcyjne nagłośnienie idealnie eksponowało każdy drobny szczegół. Każdy dźwięk, który zasługiwał na bycie zauważonym, był właściwie podkreślony. Stare kawałki z trip-hopowego okresu mieszały się z tymi pochodzącymi z Third. I chociaż klasykom typu Roads czy Humming niczego nie brakuje, to w postindustrialnej przestrzeni najlepiej sprawdziły się te nowsze, bardziej surowe kompozycje, których moc ujawniła się w pełni w wydaniu koncertowym.

Oczekiwałam, że gwoździem programu będzie moje ulubione The Rip, które faktycznie zabrzmiało przepięknie, jednak to inny kawałek z tej płyty perfekcyjnie wpasował się w ogrom i chłód hali. Tak industrialny i minimalistyczny jak otoczenie, Machine Gun poraził siłą dźwięku. Ostry beat dosłownie uderzał w uszy, a głos Beth Gibbons przeszywał na wylot. Siłę przekazu tego utworu wzmocniły dodatkowo wizualizacje, o których trudno będzie zapomnieć. Obrazy eksplozji nuklearnych przeplatane zdjęciami Davida Camerona jako diabła z czerwonymi oczami to bowiem widok zdecydowanie zapadający w pamięć.

Kolejnym ważnym momentem tego wieczoru była kameralna wersja Wandering Star, w której Beth Gibbons mogła w pełni pokazać swój warsztat wokalny. Wokalistka Portishead zaśpiewała ten utwór lekko, spokojnie, bez fajerwerków, przy minimalnym akompaniamencie gitary i basu, a precyzja i intensywność z jaką to zrobiła, zahipnotyzowały mnie na kilka minut. Ze stanu uśpienia wyrwało mnie natomiast Glory Box, kawałek posiadający jeden szczególny moment, w którym z totalnego hałasu na nowo wyłania się wokal i przywraca piosence równowagę. Przeciągnięcie tego na pozór chaotycznego momentu i sposób w jaki Beth Gibbons z tego wyszła, przyniosły jej aplauz publiczności, zresztą w pełni zasłużony.

Moje obawy o to, że to już koniec wywołała intensywność z jaką zespół zagrał kawałek Threads. Na szczęście bis był przewidziany, a tym właściwym zakończeniem okazało się We Carry On, wydłużone o wbijającą się w pamięć głośną partię gitary. Po tym utworze Beth rzuciła jeszcze ze sceny podziękowania i w międzyczasie zdążyła podejść do fanów zgromadzonych w pierwszym rzędzie. Na tym skończyło się całe wydarzenie.

Portishead grali niecałe półtorej godziny, niezbyt długo, ale każdą minutę zagranej przez nich muzyki traktuje się jak skarb i przyjmuje z wdzięcznością.

Nie ma więcej wpisów