Najnowsze dzieło Thirty Seconds To Mars to jedno z tych, do których podszedłem z wielką dozą ciekawości, jak i ze sporym dystansem. Z jednej strony miałem to przeświadczenie, że Amerykanie dość mocno zamieszali na rynku swoim debiutem – zarówno spójnym wizerunkiem, jak i chłodnym charakterem muzyki, z drugiej strony z kolei byłem lekko przerażony tym, że obecnie grupa przypomina bardziej materiał do gimnazjalnych westchnięć niż rockową kapelę. Nie wiedząc, czego mogę się spodziewać, odpaliłem płytę.

Muszę przyznać, że zaczęło się całkiem obiecująco. Nie był to styl, za którym po cichu tęskniłem i jaki pamiętałem z ich początków, jednak brzmiało ciekawie. Pomyślałem o rozwoju, poszukiwaniu i kreowaniu swojej własnej drogi, która może jeszcze nie jest do końca ustalona, biorąc pod uwagę fakt, że chłopaki z Marsa są względnie młodą kapelą. Intrygujące intro przypomniało mi trochę ostatnią twórczość grupy Muse, jednak było nieco cięższe i lekko naładowane patosem.

Moim zdaniem najmocniejszym punktem płyty jest jej początek, a dokładniej piosenka Conquistador. Wszystko to za sprawą konkretnie postawionej perkusji, która głównie odpowiada za moc utworu. Dodatkowo dostajemy to, co fani zespołu lubią najbardziej – konkretny gitarowy riff i charakterystyczny wokal Jareda Leto. Niestety dalsza część płyty obiera tendencję spadkową.

Moje ciche nadzieje o dobrze skomponowanym, nowatorskim, nieco chłodnym albumie legły w gruzach. Płyta zaczyna męczyć słuchacza jeszcze przed połową. Natłok przesadnie wrzuconej, modnej elektroniki zdecydowanie nie dodaje świeżości utworom, a raczej czyni je ciężkimi molochami, nieprzyjemnymi, choć łatwymi w odbiorze. Coś, co miało być kluczem do sukcesu, pociągnęło materiał na dół. Wszystko to brzmi momentami komicznie – niczym próba uduszenia rockowego ducha popową masą.

Jednak to nie wszystko. Na płycie można odczuć wyraźną skłonność do przesady. Ma być mrocznie, wzniośle, choć tanecznie. Natłok chórków, smyczków i maniera w głosie Jareda tworzą niepotrzebny, nieprzemijający patos. W połowie płyty słychać próby odejścia od tej konwencji, jednak zabrakło w tym wszystkim stanowczości, przez co spaliły one na panewce.

LOVE LUST FAITH + DREAMS to bardziej rzemieślniczy wytwór do zarobienia pieniędzy i próba przypomnienia o sobie słuchaczom, niż płyta, którą warto polecić. Utwory zdają się być zlepkiem słabych singli zrobionych na szybko niż konkretnym materiałem. Każdy z utworów wymagać będzie wsparcia teledyskiem, w którym pojawi się ładna buzia frontmana. A szkoda, bo jest to zespół, który zaczął bardzo mocno i ciekawie. Mam wrażenie, że tym krążkiem zawęził on rzeszę swoich słuchaczy do tych najmłodszych. Fanom ich wcześniejszej twórczości zdecydowanie odradzam przygody z najnowszym albumem. Aby zabić niesmak, chyba sam wrócę do przesłuchania muzyki z początków zespołu.

Nie ma więcej wpisów