Pierwsze co rzuciło się w oczy drugiego dnia festiwalu Soundrive, to nieco mniejsza frekwencja niż dnia pierwszego. Spowodowane to było niewątpliwie wielkim darmowym widowiskiem jazzowym w ramach Solidarity of Arts, podczas którego główną gwiazdą i gospodarzem wieczoru był Bobby McFerrin. Jednak wielu wybrało offowe granie, dzięki czemu postoczniowe tereny klubu B90 zdecydowanie nie świeciły pustkami.

Mój największy problem podczas dnia drugiego był taki, że gwiazda, na którą oczekiwałem najbardziej zagrała jako pierwsza na scenie głównej. Właśnie z tego powodu nie dane mi było spędzić całego dnia na ekscytującym wyczekiwaniu i zakończyć soboty koncertem mojego faworyta. Ale dzięki temu dane mi było zacząć ten festiwalowy dzień razem z Team Ghost i muszę przyznać, że nie zawiodłem się w żadnym aspekcie. Panowie zaprezentowali pełen sceniczny profesjonalizm – począwszy od jakości wykonań każdego z utworów, kończąc na ich scenicznym zachowaniu i kontakcie z publicznością. W ich kompozycjach dało się wyczuć ducha muzyki M83, z którym powiązany był jeden z założycieli zespołu, Nicolas Fromageau. Niemalże eteryczne dźwięki nabrały cięższego, mrocznego brzmienia, przez co idealnie współgrały z industrialnym klimatem wnętrz stoczniowej hali. Był to występ, którego wielkie gwiazdy z pewnością by się nie powstydziły. Przemiennie wprowadzali słuchacza w psychodeliczny niemal trans, po czym wyrywali go z tego stanu mocnymi gitarami i solidną perkusją.

Po świetnym rozpoczęciu stwierdziłem, że warto zawitać na mniejszy Soundrive Stage. Tam swój występ mieli Szwedzi z The Janitors. Poszedłem na ich koncert z czystej ciekawości, nie wiedząc, czego mogę się spodziewać. I stało się to, za co uwielbiam festiwale. Zespół, o którym nie wiedziałem prawie nic, okazał się zupełnym strzałem w dziesiątkę. Podczas całego występu nie mogłem wyzbyć się porównania muzyki grupy do brytyjskiego giganta, Editors, przy czym nie byli oni kopią, a mieli wciąż swój własny, specyficzny styl. Nieco chłodne, nieokrzesane brzmienia gitar i perkusji, podsycone elektroniką idealnie współgrały z bardzo męskim i mocnym wokalem Jonasa Erikssona.

Po zdecydowanym, konkretnym graniu na mniejszej scenie, na głównej pojawiła się grupa, której przewodziła młoda blondynka w połyskującej marynarce. Still Corners przeniósł publiczność w zupełnie inną bajkę niż ta, która była głównie prezentowana na festiwalowych scenach. Dźwięki zaczęły być trochę bardziej delikatne, melodie bardziej wysublimowane, a i sam klimat stał się momentami magiczny, pomimo że otoczenie zdecydowanie od bajkowych odbiegało. Ciepłe dream popowe brzmienia były bardzo miłą odmianą i myślę, że wielu osobom zapadły w pamięć. Publiczność stała jak zahipnotyzowana przez cały koncert, bujając się na boki w rytm przyjemnych, odrobinę sennych utworów grupy.

Po pierwszych koncertach wciąż byłem głodny wrażeń i oczekiwałem na nadchodzące występy. Niestety, głodu nie zaspokoiłem, ponieważ dwa ostatnie koncerty, które odbyły się a Main Stage, bardzo mnie rozczarowały. Na pierwszy ogień poszła brytyjska grupa nastolatków, występująca pod nazwą Egyptian Hip Hop. Zespół prezentował typowy dla młodych rockowych zespołów styl. Trochę muzycznego buntu wymieszanego z energetycznymi riffami i odrobiną poszukiwań własnego stylu. O ile kwestia samej muzyki bardzo przypadła mi do gustu, bo widać i słychać było, że chłopaki dobrze czują się w swoim towarzystwie i potrafią się nieźle zgrać, o tyle kwestia wokalu i pozostałych dźwięków, które wydobywał wokalista, pozostawiała wiele do życzenia. Całe szczęście, że stronił on od mikrofonu, ponieważ w kilku przypadkach był ledwo słyszalny. Po kilku utworach zdecydowałem pominąć dalszą część występu nastolatków i udać się na zewnątrz.

Po jednych Brytyjczykach przyszedł czas na drugich. Tym razem na scenie pojawiła się grupa o nazwie Esben and the Witch. Weszli na scenę z drobnym opóźnieniem i zaczęli z grubej rury. Mocne, wyraziste fragmenty przerywane były raz krzykliwym, raz lekko melodyjnym wokalem. Niestety, śpiewająca Rachel Davies miewała drobne problemy, aby wejść w tonację, przez co miałem wrażenie, że cała trójka niekoniecznie dobrze czuje się z tym, że razem ze sobą grają. Pojawiały się dodatkowo lekkie problemy z utrzymaniem rytmu, które zupełnie nie wyglądały na zamierzone zabiegi. Pomimo tego, że na studyjnych nagraniach brzmią bardzo ciekawie, to na żywo nie potrafili się sprzedać. Dlatego też pod sceną nie zebrali zbyt licznej publiki, a ci, którzy tam się pojawili, nie wyglądali na specjalnie zafascynowanych tym koncertem.

Jeśli chodzi o drugi dzień – miałem wrażenie, że był on nieco słabszy niż dzień pierwszy. Wydaje mi się, że było to spowodowane nie brakiem dobrych zespołów, a tym, że ci najlepsi poszli na pierwszy ogień i później nie działo się zbyt wiele. Został jednak jeszcze dzień trzeci i występ, na który czekam najbardziej…

Nie ma więcej wpisów