8   +   1   =  

Ten album jeszcze przed przesłuchaniem wywoływał we mnie spore emocje. Po pierwsze – ogromny zachwyt i ekstazę, ponieważ Natalia Przybysz, znana również jako Natu, postanowiła wziąć na warsztat materiał kobiety, która przez wielu (w tym mnie) uważana jest za królową i za świętość muzyczną – Janis Joplin. Z racji tego, że artystka, którą lubię i szanuję, postanowiła pokazać utwory artystki, którą uwielbiam, podniecenie mieszało się z obawą o to, jak wypadną piosenki, które tak dobrze mi się kojarzą. Bałem się tego, że tak ciężki materiał zostanie zbezczeszczony i sprowadzony z poziomu sacrum do profanum, bo wielu muzyków już tego dokonało, gdyż jego poprawne wykonanie to nie lada wyczyn.

Zacznijmy od tego, że na płycie nie znajdziemy prób wskrzeszenia ducha Janis, co moim zdaniem jest ogromnym plusem. Dzięki temu cały materiał, pomimo że grany był przez wielu, wciąż zachowuje świeżość i zaskakuje. Jest to miękka wersja tych piosenek, na pewno bardziej soulowa niż rockowa, ale wspólnym mianownikiem pozostaje blues – przyznaje Natalia. I faktycznie. Dzięki temu, że w tych utworach postanowiła odnaleźć cechy, które pasują do jej własnego stylu i na nich oprzeć swą główną siłę rażenia, otrzymała niesamowity efekt, mianowicie uzyskała idealny balans pomiędzy oryginalnym a własnym brzmieniem każdego z utworów.

Akompaniament jest wyraźnie nagrany tak, aby przypominał brzmienie bandu, z którym grała Janis. Mam jednak wrażenie, że w tej kwestii grupa mogła pokusić się o lekkie szaleństwo chociaż w kilku utworach. Zamiast buntowniczej muzyki wypływającej prosto z duszy, dostajemy poprawnie wykonane, bardzo ładne i dobre, choć bez uczucia, podkłady, które są tylko tłem dla wokalistki.

Na szczęście wszelkie braki w ekspresji nadrabia Natu. Energiczne utwory, takie jak Half Moon czy Move Over, wyraźnie odżyły i świetnie zabrzmiały w wykonaniu Polki. Wyraźnie słychać to, że ta muzyka głęboko siedziała w duszy artystki i faktycznie nie jest to jedynie odśpiewana kopia. Niestety, tych wolniejszych, bardziej bluesowych historii nie kupiłem. Najsłabszym momentem na płycie jest tytułowy Kozmic Blues. Jak dla mnie – zabrakło tu i wyrazistego głosu, zarówno barwy, jak i wyczuwalnego smutku, który krył się w głosie Joplin. W tym przypadku emocje otrzymałem od zespołu, który na chwilę przebił Natalię.

Największym problemem z całym materiałem miałem w momencie pojawienia się autorskiego utworu Natalii. Niebieski, tak samo jak i początkowo cała płyta, wzbudził u mnie dwojakie emocje. Z jednej strony – ten utwór zupełnie wybija mnie z tak bezpiecznego świata, który jest znany wielu słuchaczom ze świata stworzonego przez Janis, bo nie dość, że jest po polsku, to w dodatku jest mniej bluesowy i wyraźnie odmienny od reszty. Z drugiej z kolei – jest to genialna kompozycja, która sama w sobie jest magiczna. Pomimo tego, że płyta poświęcona jest twórczości Amerykanki, to chyba właśnie ta kompozycja jest moją ulubioną z całej płyty, bo pokazuje, jak świetną artystką jest Natalia.

Podsumowując, nowa płyta Natu to bardzo ładny ukłon w stronę Janis, jak i udana walka z bardzo trudnym repertuarem. Myślę, że fani bluesowej królowej nie będą czuli się urażeni tym albumem, a co więcej, poczują szacunek do Natalii. Mam również nadzieję, że ci, którzy nie znają oryginałów, sięgną po płyty tragicznie zmarłej artystki, pamiętając oczywiście o Niebieskim, który zaostrzy apetyt na twórczość Natalii. Albumu słucha się bardzo dobrze i pomimo kilku niedoskonałości mogę go polecić z czystym sumieniem.

 

Nie ma więcej wpisów