Austra (ze staroangielskiego: Ēostre) to imię pogańskiej bogini paschalnej, która symbolizowała wiosnę, odrodzenie i nowy początek. Pod tym samym pseudonimem występuje kolejny w projektów muzycznych Katie Stelmanis, który w ubiegły wtorek zagościł na scenie jednego z najbardziej prężnych klubów koncertowych w Polsce – warszawskiego Basenu, wspierany przez rozgrzewający duet XXANAXX. Drugi krążek Kanadyjczyków pod tytułem Olympia jest promowany olbrzymią trasą koncertową, a Warszawa była pierwszą na liście europejską lokalizacją, w której na żywo rozbrzmiały jego dźwięki. Całkiem możliwe, że ten zaszczyt spotkał nas z powodu polskich korzeni perkusistki i współzałożycielki duetu Trust, Mayi Postepski.

Jeśli już mowa o składzie zespołu to nie sposób było nie zauważyć braku na scenie sióstr Romy i Sari Lightman, które dwa lata temu w Powiększeniu wyśpiewywały harmonie wokalne z debiutanckiego Feel It Break, a które skupiają się aktualnie na promocji swojego indie-folkowego projektu Tasseomancy. I już tutaj zaczynają się zarzuty, jakie mogę postawić nowemu wcieleniu koncertowemu Austry. Większość z chórków i drugich głosów na koncercie było odgrywanych z playbacku, a pani Postepski, śpiewająca do mikrofonu przy zestawie perkusyjnym wypadła na tyle nieprzekonująco, że jestem w stanie zaryzykować stwierdzenie, że był on wyłączony. Brak sióstr Lightman odczuwalny był szczególnie w kompozycjach z debiutu, które w dużej mierze opierały się na pięknych harmoniach, które łagodziły nieco patetyczną manierę wokalną frontwoman.

Zagrany w Warszawie materiał pochodził oczywiście w znacznej mierze z Olympii, co konstytuuje kolejną słabość tego koncertu – nowe kawałki są po prostu do siebie bliźniaczo podobne, zarówno pod względem rytmu, jak i konstrukcji – toporne bicie w perkusję, nie do końca spełnione klubowe ambicje i miałkie teksty nie pomagały w ich odbiorze. Każdy z nowych numerów ma oczywiście w sobie ciekawe elementy, ale złożone w koncertowy set były po prostu śmiertelnie nudne, a śpiewająca na ściśniętej krtani i wyginająca się w przeróżne, zwiewne pozy Katie Stelmanis wypadła po prostu mało autentycznie. Fakt faktem, że liderka zespołu znacznie poprawiła się wokalnie w porównaniu z pierwszą trasą, kiedy to co trzeci dźwięk przez nią wyśpiewywany był lekko pod lub nad tonacją, ale o ile w zestawieniu z mroczną, bombastyczną muzyką z Feel It Break jej wokalu dało się słuchać z przyjemnością, tak na tle nowych, monotonnych kompozycji jest on dosyć męczący. Painful Like, Home, Forgive Me – te numery zlewały się w jedną, amorficzną całość. Pozytywnie z kolei wyróżniały się podbity syntezatorowym basem Annie (Oh Muse, You) oraz lekko orientalny Sleep, który jednak szybko został zepsuty przez sztampowy refren.

Zespół nie zapomniał jednak o zaprezentowaniu starych kawałków, na co, szczerze przyznaję, czekałem. I tak usłyszeliśmy lekko przerobioną wersję Lose It, która jednak bez dodatkowych wokali nie zrobiła na mnie większego wrażenia, tajemnicze The Choke oraz danie główne, czyli wspaniałe Beat And The Pulse, przy którym faktycznie puls przyspieszał, a nogi same rwały się do tańca. Jednym z bisów okazało się też wyczekiwane przez wszystkich Spellwork, brzmiące niczym prototyp brzmień znanych z albumu Trust, które znowu przywróciło koncertowi trochę rumieńców.

Po drugim z kolei bisie tłum zgromadzony pod sceną jak jeden mąż popłynął pod bar, gdzie Katie i jej drużyna mieli rozdawać autografy, a ja, rozpamiętując koncert i porównując go w myślach do poprzedniego występu Austry w Warszawie doszedłem do wniosku, że to jednak upadła bogini. W końcu na koncerty nie chodzi się po to, żeby zostać porwanym przez góra dwa kawałki, a resztę czasu nudzić się, przytupując nogą w rytm homogenicznych niczym dobrze zmiksowany koktajl, mało poruszających piosneli. Wtedy nie pomoże nawet nawet zapierająca dech z piersiach kolorami podświetlonych niczym głębokooceaniczne meduzy parasolek scenografia i fikuśne kostiumy muzyków.

Nie ma więcej wpisów