Od miesiąca śledziłem setlisty z ostatnich koncertów The National. Po występie na Open’erze mogłem się spodziewać jak zabrzmią utwory z Trouble Will Find Me na żywo. Po obejrzeniu ogromnej ilości materiałów na Youtube wiedziałem, które piosenki wykonywane live różnią się od wersji studyjnych. Czy może coś zaskoczyć w koncercie zespołu, który widziało się już trzy razy? Czy można znaleźć coś zaskakującego w takim występie? Z bagażem oczekiwań i doświadczeń poprzednich koncertów, trudno liczyć na to, że odkryje się coś nowego. Z tą obawą zacząłem uczestnictwo w koncercie The National w Berlinie. Szczerze mówiąc nie sądziłem, że coś mnie zaskoczy. Oczywiście ta obawa w żadnym stopniu nie zmniejszyła mojego uwielbienia do amerykanów.

Zaczęło się zgodnie z przewidywaniami – I Should Live in Salt. Utwór idealny na rozpoczęcie. Znakomicie budujący emocje. Później kolejny standard z najnowszej płyty zespołu, czyli Don’t Swallow The Cap. Wszystko idzie zgodnie z planem. Jednak kolejne dźwięki wzbudziły we mnie zainteresowanie. Nie było to przecież intro żadnej z piosenek z najnowszych dokonań formacji, a utwór z Alligatora Secret Meeting. Bardzo szybko rzeczywistość zweryfikowała moje obawy. I już trzecia piosenka zaskoczyła. Jeśli The National sięgali do czegoś sprzed Boxera, to były to zazwyczaj piosenki Abel czy About Today. W Berlinie wybrali coś zupełnie innego.

Później tylko raz dałem się zaskoczyć Mattowi Berningerowi i spółce. Koncert przebiegał w rytmie większości materiału z Trouble Will Find Me i High Violet z oczywistymi dodatkami z wcześniejszej dyskografii: Squalor Victoria, Slow Show, Fake Empire czy wspomniany już Abel. Mistrzowie w zmianie nastroju balansowali pomiędzy spokojnymi momentami jak I Need My Girl, a totalnym wybuchem energii w Sea of Love i szalonej, niezwiązanej w żadnym stopniu ze studyjną wersją, końcówce Humiliation.

W tej składance znalazło się miejsce na jeden utwór, na który, w zasadzie nie czekałem. Po prostu nie wierzyłem, że mogliby go zagrać. A jednak. Jeden z braci Dessner zapowiedział, że wykonają coś całkiem starego. Lucky You – bo o tej piosence mowa, spełniła wszystkie moje oczekiwania względem tego koncertu.

Podczas bisu nie mogło zabraknąć Mr. November i Terrible Love. To w czasie tych piosenek wokalista The National najczęściej wykonuje swój firmowy znak i wchodzi w tłum. W Berlinie zrobił to, gdy śpiewał słowa pierwszej z wymienionych piosenek.

The National przekonali mnie, że warto wybrać się na ich koncert bez względu na to, ile razy już się ich widziało. Przecież oprócz dwóch wyszczególnionych wyżej utworów, w swojej dyskografii kwintet z Brooklynu ma w swojej dyskografii jeszcze kilka perełek, które warte są wysłuchania na żywo.

Nie ma więcej wpisów