Kolektyw A$AP Mob coraz bardziej rośnie w siłę. Na początku tego roku sporego szumu narobił świetny album A$AP Rocky’ego pt. Long. Live. A$AP. Po jego premierze wszyscy słuchacze rapu zastanawiali się pewnie kto następny ze wspomnianej ekipy spróbuje wprowadzić trochę zamieszania na amerykańską rap scenę. Padło na A$AP Ferga, którego debiutancki album pt. Trap Lord trafił do sprzedaży w sierpniu.

Oczywiście znaczna część słuchaczy porównuje albumy Rocky’ego i Ferga, ale przyznam, że po odsłuchu jednego i drugiego nie odczułem nawet przez chwilę takiej potrzeby. Obaj panowie są pełnokrwistymi raperami, mającymi własną stylówę, jednak niewątpliwie jedna rzecz ich łączy – kreatywne wykorzystywanie niepowtarzalnych bitów.

Jak wskazuje na to sam tytuł albumu Ferga, na jego krążku przeważają trapy. Jednak są to trapy ciekawe, intrygujące, wykorzystujące świetne wstawki dźwiękowe i rozwiązania wokalne. Całość brzmi mrocznie, narkotycznie i nieco groteskowo. Krążek nie jest produkcją, z którą każdy oswoi się już przy pierwszym podejściu. Jej ciężki klimat tego nie ułatwi, ale dwa lub trzy odsłuchy powinny to zmienić.

Słuchając Trap Lord nie myśli się o twórczości Gucci Mane’a, Juicy J’a czy 2 Chainza, bo Ferg dzięki jednej solowej płycie wyklarował styl, który będzie się kojarzył właśnie z nim. Wśród producentów albumu są m.in. Snugsworth, Crystal Caines, Veryvre, Frankie P, Jim Jonsin, Rico Love czy High Class Filth. Wszyscy beatmakerzy spisali się znakomicie tworząc bity idealnie skrojone dla Ferga, który z pewnością chciał aby trap w jego wykonaniu był czymś zupełnie innym niż to co dzisiaj funkcjonuje jako trap w mainstreamie. Mało tu mocnej, łamanej i w nadmiarze męczącej elektroniki, która została zastąpiona ciekawymi motywami dźwiękowymi. Całość brzmi bardzo solidnie, tworząc album wykorzystujący w warstwie muzycznej miłość Ferga do oldschoolu, jak i trapu. Raper nie unika również śpiewanych lub podśpiewywanych kwestii, co również pozytywnie wpływa na odsłuch. Chociaż tych mogłoby być trochę więcej, bo miejscami monotonna nawijka Ferga może przynudzać. Wśród wartych odnotowania kawałków są: cykający i bujający banger Shabba nagrany wraz z A$AP Rockym, Lord nawinięty wraz z członkami legendarnej grupy Bone Thugs-N-Harmony, podśpiewywany Hood Pope, drapieżne Dump Dump, Fuck Out My Face nagrany wspólnie B-Realem, Onyxem i Astonem Matthewsem czy narkotyczny Cocaine Castle. Wszystkie utwory tworzą album spójny, ale miejscami monotonny. Jeśli jednak jesteście fanami twórczości A$AP Mob, powinniście go przełknąć bez większych problemów.

Warstwa liryczna krążka nie mogłaby posłużyć za temat rozprawy naukowej, bo w tej kwestii Ferg nie próbuje silić się na mesjasza czy chociaż interpretatora jakichkolwiek problemów społecznych. Przeważają numery dotyczące gloryfikowania samego rapera. Jest więc o bogactwie, własnym talencie, pięknym ciele i wszystkim co w raperze najlepsze. Wszystko podane w specyficznym, nieco gangsterskim stylu, który idealnie pasuje do wizerunku artysty.

Płyta A$AP Ferga nie jest tak udanym debiutem jak krążek A$AP Rocky’ego. Nie zmienia to faktu, że pomimo ciężkiego, surowego i pewnie dla niektórych męczącego klimatu oraz kilku niepotrzebnych zwrotek gości, album broni się jako udany debiut. Udany i solidny, który tylko zaostrza apetyt na kolejne wydawnictwa Ferga.

Nie ma więcej wpisów