W wypełnionym po brzegi krakowskim Studio, Crystal Fighters dokonali czegoś, co zdarza się bardzo rzadko i bardzo niewielu artystom. Spowodowali, że w całym klubie nie było ani jednej osoby, która by nie tańczyła. Jako osoba nielubiąca ścisku, zawsze trzymam się ostatnich rzędów, ale na tym koncercie nawet ci stojący z tyłu, byli w ciągłym ruchu, radośnie pląsając w takt rytmicznych kawałków tej angielsko-hiszpańskiej grupy.

Począwszy od otwierającego koncert Solar System, przez mniej więcej półtorej godziny trwała szalona impreza, osiągająca apogeum przy legendarnym Plage. Ich brzmienie na żywo jest zaskakująco gitarowe, elektronikę zastępują żywe instrumenty, a ostre riffy brzmią wręcz rockowo.

Pięknie wypadły kawałki z nowego albumu, na czele z zagranym na bis Wave oraz epicko brzmiącym Bridge of Bones, który był specjalnym, nigdy wcześniej niegranym prezentem dla krakowskiej publiczności.

Jeśli już mowa o bisach, to dla kogoś postronnego zjawisko jakim jest zgromadzony pod sceną tłum skandujący słowa: I Love London musi wydawać się co najmniej dziwne.

Mimo że pod względem wokalnym zespół nie należy do wybitnych, to doskonale nadrabia charyzmą sceniczną i kontaktem z publicznością. Ich występów nie rozpatruje się w kategorii dzieła sztuki, a raczej postrzega się je jako fantastyczne imprezy, podczas których wszystko się może zdarzyć. Jedyne na co można narzekać to nie najlepsze nagłośnienie wynikające jednak bardziej z kiepskiej akustyki miejsca.

Na koniec jeszcze kilka słów o Rubber Dots, którzy supportowali gwiazdę wieczoru. Ich syntezatorowym brzmieniom bliżej do Crystal Castles, ale w Krakowie poradzili sobie doskonale, a publiczność odwdzięczyła się gorącym przyjęciem.

Nie ma więcej wpisów