Polskie akcenty na Ars Cameralis, choć widoczne, to najczęściej wpisane są w wydarzenia literackie, gdzie poezja miesza się z wątkiem odczuwania muzyki. I tak przez kolejne dni można było obcować z Sosnowskim & Chain Smokers, dopełniającymi wieczór z Krzysztofem Vargą, dzień później swój spektakl łączonych form przedstawiła kobieca grupa Pochwalone. Sobotni wieczór należał jednak do XX edycji Zbiegu Poetyckiego NaDziko, który uzupełniło pojawienie się grupy Trupa Trupa.

O ile ich koncert na tegorocznym OFF Festivalu mogę zaliczyć do przyzwoitej wizytówki, tak zmiana scenerii na przyciemnione wnętrze katowickiego Jazz Clubu Hipnoza okazała się dla zespołu (a może przede wszystkim słuchaczy) zbawienna. Tym samym potwierdzając wcześniejsze słowa zespołu, jakoby sceneria bliższa tej teatralnej i wzbogacona o wizualizacje sprawdzała się lepiej. I porównując te dwa występy, które odbyły się w przeciągu kilku miesięcy, można wyznaczyć tu znaczącą różnicę w odbiorze.

Set, choć ułożony niemal identycznie jak podczas pierwszej wizyty na Śląsku, tchnął w przestrzeń energię, która z początku okryta łagodną postawą zespołu, przerodziła się – za sprawą I Hate – w oszołomienie. Nagłe wykrzyknienie Grzegorza Kwiatkowskiego było dla części widzów zupełnym zaskoczeniem, które później jeszcze powtarzało się kilkukrotnie: przy nagłych stylistycznych zwrotach, przeciągających się i (zgodnych z nazwą miejsca) hipnotycznie progresywnych wersjach utworów, które stanowiły również sprytne przejścia między nimi. Co jednak najważniejsze, akustyka samego klubu pozwalała na zatopienie się w każdym idealnie słyszalnym dźwięku kompozycji takich jak Over, Home czy I Hate właśnie.

Jednak publika skupiła się najbardziej, gdy występ nabrał charakteru punkowości, a przejmujący wokalną pałeczkę Wojciech Juchniewicz sprawił, że prócz poezji, można było doświadczyć obcowania ze stylistyką screamo (Good Days Are Gone). I ten końcowy moment, wraz z zaprezentowanym Exist pobudził ciała części z usadowionych na krzesłach widzów, których radosny wydźwięk utworu przyciągnął pod scenę. Powodując w samym kwartecie zaskoczenie przeplatające się z zadowoleniem.

Bis, podsumowujący trzy kwadranse dźwięków kapeli, upłynął na swobodnym kołysaniu i klasyce tańców w parach. A także wyjątkowo noise’owej wersji Take My Hand. Co tym samym potwierdziło klasę najlepszego numeru z debiutu Trupa Trupa.

Nim jednak odbył się sam koncert, przez ponad dwie godziny Hipnoza zapełniała się treścią polsko i anglojęzycznych wersów, które przedstawiał Rod Mengham, Krystian Emanuel Baczewski czy znany również od strony muzycznej Szczepan Kopyt. Odbyło się również międzynarodowe czytanie poezji, a to za sprawą Petera Gizzi, który przedstawiał ją wprost ze swojego domu.

Dla bardziej spragnionych przeżyć muzycznych, wieczór rozpoczął się od podsycanej dźwiękami prezentacji literackich poczynań Trupy NaDziko (w składzie: Brzoska, Kobierski, Majzel, Melecki, Siwczyk). Ich tło stanowiły pejzaże gitarowych przesterów prezentowanych na wzór twórczości Grahama Coxona, syntezatorowe marsze bliskie Forest Swords, elementy wpadające w trip-hop czy te, które można nazwać typowo popowymi. I dla nieco wrażliwszych na powyższe połączenia był to naprawdę dobrze spędzony czas.

Nie ma więcej wpisów