Placebo – zespół, który od lat wzbudza skrajne emocje. Nad Wisłą zdają się czuć całkiem dobrze – warszawski koncert był ich ósmą wizytą w Polsce. Tym razem trio przyjechało promować swój najnowszy, siódmy album Loud Like Love. Krążek nie spotkał się z ciepłym przyjęciem zarówno krytyków jak i dużej części fanów, stąd tym bardziej chciałam zobaczyć jak poradzą sobie z prezentacją materiału.

Muzyka londyńskiego tria towarzyszyła mi jako podkład lat nastoletnich i mimo, że czas bezkrytycznego zachwytu już minął, wciąż śledzę poczynania grupy z pewnym przywiązaniem. Zwłaszcza, że nawet w chwilach gdy nie spełniali oczekiwań płytowych wciąż potrafili dawać niesamowite koncerty. Stąd pojawiwszy się na Torwarze, spodziewałam się dwóch godzin solidnego grania.

Mój entuzjazm już na wstępie zdołał osłabić podział płyty. Spodziewałam się – polityka koncertowa zakłada stworzenie strefy fanów uprzywilejowanych, jednak ustawienie barierek dokładnie w połowie przestrzeni wszyscy przyjęli z lekkim zdziwieniem. Przez to jeszcze tuż przed koncertem wydawało się, że będą pustki. Podczas gdy Psychocukier dawał z siebie co mógł (swoją drogą respekt za wygibasy z gitarą dla jednego z panów i w ogóle, brzmienie godne bliższego zainteresowania) sektory wciąż czekały na wypełnienie, a choć tuż przy scenie zgromadził się tłumek – frekwencja nie powalała. Na szczęście do rozpoczęcia show dość się zagęściło i z perspektywy barierek na płycie w końcu poczułam, że jestem na koncercie.

B3 zagrane na początek uderzyło całą mocą gitar. Na głos Briana też narzekać nie można. Placebo uzupełnione przez Fionę Brice na skrzypcach i dwóch innych muzyków ruszyło z kopyta. Unoszące się nad ludźmi z przodu balony choć częściowo zasłaniały scenę, z pewnością dobrze wyglądały z sektorów jak i z perspektywy zespołu. Początkową rozgrzewkę pociągnięto For What It’s Worth i nowym, tytułowym Loud Like Love. Przy kolejnym Twenty Years większości mogła się zakręcić łezka wspomnień, a już na pewno nikt nie krył entuzjazmu przy charakterystycznym wstępie do Every You Every Me. Niestety następująca po tym kompilacja nowych utworów obniżyła nieco dynamikę koncertu, choć trzeba przyznać, że kawałki z Loud Like Love zyskują wiele w wersjach na żywo (Scene of a Crime – naprawdę klasa). Nikt jednak nie zmusi mnie do polubienia tanich rymów Too Many Friends. Po prostu nie.

Największą setlistową niespodzianką, i jak dla mnie najprzyjemniejszym momentem koncertu, okazało się Space Monkey, zagrane na żywo po raz pierwszy od sześciu lat. Utwór uzupełniony wyjątkowo udanymi wizualizacjami cofnął mnie o kilka lat wstecz i wcale nie miałam zamiaru narzekać. Reprezentantów albumu Meds było tego wieczora całkiem sporo, dla mnie na plus. Pewien czający się w kompozycjach mrok, bardzo dobrze uzupełnia się z lżejszymi obecnie poczynaniami grupy. Z brzmieniem końcowego zestawu: Song to Say Goodbye, Special K, The Bitter End, zastanawiałam się gdzie podczas tworzenia albumów podziewa się w zespole ta moc, którą mają na scenie. Ewidentnie robi sobie wakacje.

Bisy nie były zbyt długo wyczekiwane. Akustyczne, zwolnione Teenage Angst, intensywne Running Up That Hill zdecydowanie chwyciły publikę. Patrząc jednak na entuzjazm zespołu tego wieczoru, malała moja ochota na wiwatowania . Tak, tu jawi się największy problem wtorkowego koncertu – solidna setlista, potężne brzmienie i zero kontaktu z publicznością. Obecny jedynie ciałem Molko po kilku utworach zdołał odezwać się słowami Thank You. Sytuację ratował wiecznie radosny perspektywą bębnienia Steve i próbujący lekko rozbawić publikę Stefan. Jednak pociągnięcie tłumu zależy od frontmana, który zaraz po zakończeniu utworów pędził się napić, tworząc niezręczne chwile ciszy. Z pewnością nie pomagały także przezroczyste zasłony, firanki, cokolwiek to było, odgradzające zespół od publiki. Czy miał to być zabieg poprawiający efekt wizualizacji, czy jakiś tajemniczy element show? Nie mam pojęcia. W każdym razie oziębiało to i tak dość chłodny wydźwięk koncertu. Ja wiem, że to nie stand-up, ale każdy widz pragnie zapewnienia, że zespół chce grać właśnie dla niego, tu i teraz. A może tylko ja potrzebuję, by zespół mi pokazał, że jako widz jestem dla nich ważna tak jak oni są ważni dla mnie?

Opuściłam Torwar, z przekonaniem, że Placebo wciąż sprawdza się na żywo. Swoje utwory potrafią ułożyć w spójną całość przywołując wspomnienie, starych dobrych czasów i wywołując uzasadniony entuzjazm. Rockowo, gitarowo, stylowo – zostałam zostawiona z miłością bardzo głośno nieodwzajemnioną.

Nie ma więcej wpisów