Niezaprzeczalnie Bastille są fenomenem ostatnich miesięcy. Ich debiutancka płyta pt. Bad Blood przysporzyła im ogromnej popularności na całym świecie. Nic zatem dziwnego, że bilety na ich koncerty wyprzedają się w oka mgnieniu. Nie inaczej było w przypadku ich pierwszego polskiego występu, który we wtorek (19 listopada) odbył się w warszawskiej Stodole.

Wątpię, by ktokolwiek żałował choćby złotówki wydanej na to wydarzenie. Dan Smith oraz jego koledzy porwali publiczność już pierwszym utworem, który zgromadzeni w klubie wyśpiewali razem z liderem, momentami zagłuszając jego wokal. Z każdym kolejnym kawałkiem z kolei  zaobserwować można było coraz większy entuzjazm tłumu.

Całe – niemal półtoragodzinne – show wypełniła niespożyta energia. Kompozycje z albumu na żywo wypadły jeszcze bardziej dynamicznie, co sprawiło, że Stodoła zatrzęsła się pod wpływem podskoków i tańca, i to nie tylko uczestników wydarzenia. Wokalista Bastille sam bowiem poddał się granej przez nich muzyce i równie dobrze bawił się na scenie, poruszając się w jej rytm.

Jeszcze bardziej podobało mu się zapewne spotkanie z fanami, na które udał się podczas jednego z utworów. Zaraz na jego początku Dan zarzucił na głowę kaptur, po czym zszedł ze sceny z mikrofonem i ciągnąc za sobą metry kabla, wykonał kawałek, przechadzając się po całej Stodole i przybijając piątki publiczności. Nie muszę chyba mówić, jaką euforię to wywołało, prawda?

W moim odczuciu do faworytów tego wieczoru zaliczyć należy wykonanie Things We Lost in the Fire, Icarus, a także nowej kompozycji zatytułowanej The Draw, na końcu której doświadczyliśmy mocnego uderzenia perkusji oraz potężnego brzmienia gitarowych riffów, które wywołały u mnie ciarki na plecach. Najlepsze jednak zostało na koniec. Znany już fenomenalny cover Of the Night, a także największy przebój grupy, Pompeii, okazały się być kwintesencją całego wieczoru, wywołując istną falę szaleństwa, po którym trudno było wrócić do siebie. Lepszego podsumowania nie trzeba.

Nie ma więcej wpisów