Koncerty duńskich artystów są na Ars Cameralis normą. Co cieszy, bo to kraj, którego muzyczny eksport wyrazistych nazwisk osiąga pułap względem innych terenów Europy. I właśnie dzięki występom takich grup jak I Got You On Tape sprzed kilku lat, Oh Land czy właśnie When Saints Go Machine, festiwal przeżywa urodzaj pod względem frekwencji.

Byli wszyscy. Ot, urok skupiania w sobie odmienności, jaki przyjęła impreza. Przekrój społeczeństwa obejmował roczniki najmłodsze, dopiero mogące legalnie sięgać po serwowany w klubie alkohol, jak i tych, którzy w zamyśle raczej z podobną imprezą się nie kojarzą. Pełno było statecznych par, które stały się przeciwwagą dla błądzących po bokach hipsterów z naciągniętymi na głowy czapkami.

Było duszno. Właściwie tylko na samym początku, gdy publika zaczęła tłoczyć się bliższej sceny, by lepiej widzieć sam zespół jak i bardziej chłonąc jego dźwięki. A When Saints Go Machine dobrze wpisało się w klimat szczelnie wypełnionej sali, nie wystrzeliwując się z najbardziej znanych kawałków, a zaczynając od elementów mniej melodyjnych, co jakiś czas dorzucając utwory z ich najlepszego albumu – Konkylie.

Było dziwnie. Nie tylko jeśli chodzi o inaczej zaaranżowane utwory, których problem z rozszyfrowaniem był znaczny. Dziwiła także taktyka serwowania elementów wyraźnie energetycznych z nagłymi zaburzeniami rytmu, niszczącymi tendencję do bardziej tanecznego ruchu. Co oczywiście nie przeszkadzało tak do końca zagubić się wyraźnie w przesterowanych dźwiękach instrumentów. Ale zdarzały się bardziej nostalgiczne przestoje, jakby wprawiające w zakłopotanie.

Było ciekawie. Wzrok zajmowała postać żywiołowo grającego perkusisty i samego Vonsilda, który przy ożywczych fragmentach wykonywał energiczne, agresywne ruchy. A takimi okazały się rozbujane Kelly (które fantastycznie było usłyszeć na żywo) czy Parix i Fail Forever stanowiące sztandarowe pozycje na koncertowej liście zespołu. Miło też było widzieć czterech ludzi, którzy zdawali się też na swoje dj-skie wyczucie, prowadząc przy końcu niemalże imprezowy set w odcieniach, których na albumach nieco brakuje.

Było jakoś. Mieszając się w tłum i wypytując o wrażenia, można było zestawić postawy chęci wyjazdu do Danii, a z drugiej strony poczucie zmęczenia czy nawet senności w trakcie koncertu. O wyjeździe do Dani myślę, choć niekoniecznie z powodu tego wieczoru, bo zostałem dziwnie obojętny na ten występ. Choć nie da się ukryć, że po zejściu zespołu ze sceny, klub wypełniały jeszcze okrzyki, piski i całkiem długie oklaskiwania w oczekiwaniu na dodatkową dawkę wrażeń.
(Marek Cichoń)

 

When Saints Go Machine tworzy muzykę w której rzeczywistość się rozmywa – padło w koncertowej zapowiedzi. Może nie określiłabym tego tak poetycko, ale jedno jest pewne – grupa, która brzmi fantastycznie w wersji płytowej, sprawdza się równie dobrze na żywo.

Katowicka Hipnoza to takie miejsce gdzie przez kameralność przestrzeni ma się wrażenie bezpośredniego obcowania z grającym zespołem. Czterej muzycy, którzy pojawili się na scenie, mimo trzech wydanych albumów wciąż wyglądają jak lekko nieśmiali debiutanci.

Grupa nie potrzebowała jednak wiele czasu by pociągnąć za sobą zgromadzoną publiczność. Potężne wejście otwierającego koncert Infinity Killer i słodkie, taneczne Parix zapowiedziały ponad godzinę przedniej zabawy. Utwory zaprezentowane tego wieczoru stanowiły głównie przeplatankę między albumami Konkylie i Infinity Pool. Pierwszy z nich, dużo bardziej melodyjny stanowił dobrą przeciwwagę dla bardziej wymagającego brzmienia najnowszego krążka. Dobrze wypadła pewna mechaniczność w brzmieniu Duńczyków i syntezatorowe rozwiązania. Osobiście jednak najbardziej ucieszyły mnie electropopowe, wpadające w ucho drobiazgi jak refreny w Iodine i Kelly, czy zmiana tempa w Add Ends.

Nad wszystkim górował oczywiście wokal Nikolaja Manuela Vonsilda, operującego falsetem a la Antony Hegarty (z Antony and the Johnsons). To na jego bazie opierają się wszystkie kawałki i trzeba przyznać – obcowanie z takim głosem na żywo robi wrażenie. Finałowe Slave to The Take in Your Heaven zawarło w sobie kwintesencję tego co prezentuje sobą grupa – spokojny początek gdzie Vonsild gra pierwsze skrzypce, by w finale podkręconym tempem zamienić liryczność w szaleństwo rodem z dobrego DJ-skiego setu.

When Saints Go Machine to wciąż zespół u którego widać czystą radość z dawania koncertów. Zwykłe dziękuję dodawane po każdym kawałku, czy sugestie, że najchętniej wróciliby na następny dzień brzmiały szczerze i przekonująco. Czystą przyjemnością było patrzeć jak kwartet spełnia się na scenie i rośnie z każdym kolejnym aplauzem. Przypuszczam, że ich nastawienie urzekało nawet tych niekupionych brzmieniem. Ja ponadgodzinne spotkanie z Duńczykami uznaję za wyjątkowo udane.
(Katarzyna Kowalik)

Nie ma więcej wpisów