Próby zmierzenia się z albumami takimi jak ten, są zawsze ciężkie, a dla wielu końcowa ocena podobnych treści może być niezrozumiała. Niemniej, sam ruch †††, którzy playlistę debiutu ułożyli z 2/3 znanych już utworów z poprzednich dwóch EP-ek wydaje się być objawem zmęczenia, braku produktywności. Chyba, że brać to wszystko jako jednorazowy wybryk, który skończy podobnie jak dawno zapomniane i porzucone Team Sleep, jak wydany niedawno pierwszy album Palms. Wtedy próba ostatecznej oceny Crosses nie będzie miała żadnego znaczenia.

Nie można jednak zaprzeczyć, że wydane w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy EP-ki nie były ekscytującym i orzeźwiającym elementem muzycznego krajobrazu. Utwory takie jak Telepathy czy This is The Trick odznaczały się skocznym, ciężkim basem i choć estetycznie próbowały wpasować się w stylistykę witch house, to wielorakość i lekkość ich elementów nie starała się nawet ukryć aspiracji do miana projektu popowego. Melodyjne i subtelne kołysanki, gdzie Moreno łagodzi atmosferę swoim głosem także miały podobny wymiar. Nawet, jeśli pośród ciekawych i odprężających elementów zdarzały się te leniwe, nie mające nic do przekazania i nieangażujące kawałki, których także i tu nie brakuje.

Syntezatorowo-produkcyjne wyróżniki Purient czy solidne, rozbudowane refreny najlepszego w zestawie Thhlyghst traktowało się, przy drobnych modyfikacjach aranżacyjnych, jako przedłużenie głównego projektu Chino. Którego największym problemem, na przykładzie chociażby Option, jest odpędzenie skojarzeń z Deftones odstawionym w tym roku na boczny tor.

Tymczasem Crosses poszerza dobór repertuaru nieznacznie, częstując jednak dwoma na pozór skrajnymi elementami. Mocą rockowego brzmienia, które podkreśla nerwowa i wykrzyczana końcówka Bitches Brew jak i modnymi przebłyskami R&B, które widoczne są choćby w parkietowym The Epiloque. Wyobrażenie sobie Moreno jako konkurenta Timberlake’a nie jest jednak wskazane.

Wydanie Crosses to posunięcie tyle nieznaczne dla przyjemności słuchaczy, co gwarantujące większy rozgłos dla †††. Zapoznając się z wcześniejszymi publikacjami, debiut będzie raczej pozycją straconą i przeraźliwie za długą, by się nią w jakikolwiek sposób ekscytować. Zamiast tego równie dobrze można było wydać tych kilka utworów pod szyldem ††† 3 i nikt nie miałby żalu. Nie odczułby żadnej straty i rozżalenia faktem, że ten debiut mógłby być pozycją bardziej znaczącą niż jest.

Nie ma więcej wpisów