Najnowsza płyta Reflection jest już ósmą w karierze Belgów. Ostatnie zmiany osobowe w zespole sprawiły jednak, że zamiast poczucia pewności co do wysokiego poziomu, trochę się obawiałem tego, co usłyszę. Jest to bowiem dopiero druga płyta grupy z wokalistką Noémi Wolfs na czele. Wiadomo nie od dziś, że zmiana wokalisty jest zmianą najbardziej ryzykowną. Do płyty podszedłem z lekką dozą obaw również dlatego, że ich poprzednie wydawnictwo trochę mnie rozczarowało, właśnie ze względu na nowy głos w zespole.

Na szczęście Noémi lekko rozkwitła i sprawia wrażenie pewniejszej siebie niż na The Night Before. Jej wokal wydaje się być dojrzalszy, a sama wokalistka w końcu zdaje się być częścią zespołu, do którego całkiem niedawno dołączyła. Jednak wciąż pozostawia sporo do zarzucenia, głównie to, że momentami brzmi po prostu infantylnie.

Od strony muzycznej dostajemy nieco surowe, jednak prawdziwe, analogowe brzmienie. Grupa zrezygnowała z wykorzystania komputerów podczas nagrywania. Co więcej zrezygnowano ze studia, nagrywając poza nim. Belgowie korzystali jednak z nowoczesnego sprzętu rejestrującego. Dzięki temu zespół powrócił do korzeni, a słuchacz może poznać lepiej możliwości i wspólne zgranie muzyków. Odcinając się od elektronicznych wspomagaczy, Hooverphonic odciął się wyraźnie od swoich wcześniejszych dokonań. Po tej płycie nijak nie jestem w stanie ich wpasować w nurt trip hopu, z którym przez lata byli poniekąd kojarzeni. Nowy album oferuje znacznie bardziej delikatny, kobiecy pop, momentami trąci o country i soft rock. Szkoda, ponieważ przez tę zmianę nie mogłem się wyzbyć skojarzeń z Katie Meluą, która (niestety dla Hooverphonic) prezentuje zawsze znacznie wyższy poziom.

Słuchając Reflection, czułem się trochę jak na rollercoasterze. Co gorsza – takim rozklekotanym, blisko ziemi, z niewielkimi górkami. Bo tak jest też z piosenkami na płycie. Brakuje na niej zdecydowanego hitu. Utworu, który pomimo średnio-słabej reszty sprawiłby, abym chciał do niego powracać. Jest kilka w miarę dobrych utworów, jak spokojne Bad Weather czy Single Malt. Niestety jest ich zaledwie garstka. Co więcej, nad przeciętnymi piosenkami dominują te zupełnie nie udane. Niesmaku po dziecinnym ABC of Apology na prawdę ciężko się pozbyć, tym bardziej, że po chwili słuchacza atakuje słaby duet Radio Silence. Damsko-męskie połączenie zdecydowanie prowadzi na dno wokalista, jednak Noémi nie wypada w nim na tyle dobrze, aby słuchacz miał choć odrobinę przyjemności z wysłuchania utworu. Piosenkom często brak wymyślnej melodii. Spora część z nich ociera się o przesadną prostotę i kicz, który potęguje czasem dziecinnie brzmiący głos wokalistki.

Hooverphonic swoją nową płytą niestety nie zaprezentowali poziomu, który prezentowali przed laty. O ile sama wokalistka brzmi pewniej niż na poprzednim albumie i jej głos w spokojnych utworach brzmi całkiem nieźle, to w wielu przypadkach repertuar ją pogrążył. No More Sweet Music – śpiewali przed laty ci sami Belgowie, którzy niestety tym albumem złamali tę zasadę. Momentami infantylnie, momentami banalnie, za rzadko pojawiają się dobre utwory. Ciekawym zamysłem było porzucenie komputerów przy nagrywaniu, jednak ciekawe założenie samo się nie obroni.

Nie ma więcej wpisów