Stylizowany na ∑BOL∆ ∆P∑ pseudonim i ukrywanie się pod gorylim kostiumem przywołuje nieodzowne obecnie w kręgu muzyki około-elektronicznej, pretensjonalne ukrywanie swojej tożsamości, które ma dawać wyraz obcowania z czymś więcej niż samą muzyką. Nie liczy się twórca, jego twarz, wygląd zewnętrzny, ale to co przedstawia w globalnej sieci. Nie mam nikomu za złe takiego podejścia do tworzenia, jeśli oczywiście sam poziom umiejętności jest w stanie odgrodzić murem często zbędną otoczkę. I na dobrą sprawę Dance In Haze jest kolejnym przykładem, że takie postępowanie, opowieści o duchowych podróżach wgłąb Kongo i „odczłowieczanie się” są czymś bardziej wartościowym, mają jakiś sens.

Wyrazista hiphopowa maniera, którą dokładają Moth i Boolz podkreśla wyraziste basy. O ile jednak raper z Miami pokazuje doskonałe wyczucie nieprzystępnych, połamanych sampli (Honest), tak obcobrzmiące afrykańskie rytuały prowadzone w języku Xhosa, choć wpasowane w obraną konwencję, mogą wydawać się męczące. Zestawienie trzech kolejnych numerów, w których pojawia się Boolz jest posunięciem nieciekawym. Efekt psuje zlewanie się ze sobą stylistycznego ciężaru i wokalna monotonia dziesięciominutowego zestawu.

Jednak reszta gości sprawuje się lepiej niż dobrze, co objawia się wyjątkowo mocnymi momentami. Eteryczny wokal Lovisy w Lighthood dopełnia nerwowe podbicia i syntezatorową głębię. Zaś witch house’owa otoczka prowadzi raczej w kierunku barwnych tanecznych parkietów, niż snujących się w eterycznym świetle hipsterów, do których powinny trafić podobne dźwięki. Z kolei cech bliższych ambientu nabierają momenty spokojniejsze, pełne przenikających się, migotliwych podkładów lo-fi, takich jak Sign czy kończące album Irian z pomocą Call Me Back.

Można wymienić tylko parę naprawdę wartościowych artystów, którzy w niezbyt porywającym masy nurcie witch house wzięli sobie do serca próbę tworzenia dalekiego od powielania schematów. Oczywiście ucieczka od pochodnych wszelkich tego typu określeń bywa ciężka, co pokazali oOoOO czy Holy Other, nie do końca okazując na swoich ostatnich albumach pełnię charakteru. W podobny sposób, tyle że z lepszym skutkiem, postępuje Ebola Ape, skutecznie wyrywając się jednoznacznej etykietce, przekuwając etniczne fascynacje w najróżniejsze obrazy.

Nie ma więcej wpisów