Poznań jako jedno z pięciu miast w Polsce znalazło się na mapie tegorocznej trasy koncertowej grupy God Is An Astronaut. Muzycy od lat są ikoną muzyki post-rockowej na całym świecie jednak ich ostatni krążek pokazał nieco inne spojrzenie na ten gatunek.

Przed Irlandczykami na scenie pojawiła się polska grupa Sounds Like The End Of The World. Tutaj chyba każdą osobę, która zjawiła się we wtorkowy wieczór w Eskulapie spotkało niemałe, ale szalenie miłe zaskoczenie. Panowie śmiało mogliby zagrać koncert jako gwiazda wieczoru, bo publika była nimi zachwycona – ja również. Przyznam się, że pierwszy raz o ich istnieniu dowiedziałam się właśnie z okazji supportowaina God Is An Astronaut, ale lepiej późno niż wcale. Zespół ten to przede wszystkim piątka doskonałych muzyków, którzy doskonale wiedzą jak wykorzystać potencjał swoich instrumentów. Koncert był także prapremierą ich najnowszego krążka Stages of Delusion. Jedyny minus ich występu to jego długość – było zdecydowanie za krótko!

Bogowie pojawili się na scenie bardzo punktualnie. Muzyka jaką zaprezentowała nam gwiazda wieczoru była iście nieziemska. Ciągle zastanawiałam się jak te znane mi melodie, słuchane zazwyczaj w samotności w domowym zaciszu zaprezentują się na żywo. Tu czekało mnie kolejne szalenie miłe zaskoczenie. Ich kompozycje w trakcie koncertu są zdecydowanie mocniejsze, jakby nabierały bardziej zadziornego charakteru, dodatkowego pazura. Efekt był taki, że miałam wrażenie, iż momentami dźwięki niemal eksplodują na scenie. Cały koncert oparty był na wymianie energii pomiędzy zespołem a publiką – ci pierwsi niemal roznosili scenę energiczną grą, a ci drudzy czerpali z tego ile tylko się dało.

Grupa nie skupiła się na ogrywaniu ostatniego albumu Origins, Panowie zaprezentowali także starsze kompozycje, które nie ukrywajmy – były prawdziwą ucztą dla naszych uszu. Fenomenalna sekcja rytmiczna, soczysta gitara i szaleństwo jakie ogarniało Jamie’go Deana podczas grania, zapierały dech w piersiach.

Te pełne ekspresji półtoragodzinne widowisko minęło jak z bicza strzelił. Muzycy z każdym kolejnym utworem rozkręcali się coraz bardziej, tymczasem my pod sceną mieliśmy wrażenie, że dźwięki wypełniające salę wprawiają nas w nieziemski trans.

Nadal (mimo, że od koncertu minęło już parę dni) nie mogę się oderwać od wspomnień i codziennie zatapiam się w post-rocku. Wiem, że to dopiero kwiecień, ale mam wrażenie, że właśnie byłam na najlepszym koncercie w tym roku, a już na pewno znajdzie się on w moim osobistym TOP 5. Kto nie poznał koncertowego oblicza God Is An Astronaut niech nie zwleka, to samo tyczy się supportującego ich Sounds Like The End Of The World – oba zespoły, zarówno razem jak i osobno, to prawdziwa post-rockowa uczta!

Nie ma więcej wpisów