O It’s Album Time powiedziano już chyba wszystko, ale też niewiele jest do zaznaczenia, bo sama struktura albumu przywołuje jednoznaczne, ciągle powielane segmenty. Syntezatorowe przestrzenie zapętlane przez kolejno zastępujące się elementy tworzą samonapędzającą się maszynę. Jednak zimna mechaniczność zastępuje tutaj większa swoboda instrumentarium, począwszy od funkowego basu Strandbar i motywów klawiszowych, z których najbardziej charakterystycznymi są klawesynowe retro melodie – tu Leisure Suit Preben. Zresztą cały zestaw inspiracji, począwszy od okładkowej dziwności aż po aranżacje rodem z serialowych soundtracków sprzed parudziesięciu lat, to nostalgiczna podróż w rejony lat 70. i 80. na skali czasu.

Terje wyciąga z szafy stary i dość wygnieciony garnitur. Nie zastanawiając się nad niczym innym jak własną wygodą noszenia, zakłada go i przekształca nieco wyśmiewane dziś postawy i patenty, odkurzając je i nadając im oldschooowy luz. Wśród tak naznaczonych utworów wybija się ich swingowy i czerpiący z lounge charakter. Wątki jazzowe to także stały punkt programu. To one przewodzą detektywistyczno-brzmiącej melodii Preben Goes To Acapulco i opanowują latino Alfonso Muskedunder, którego gorącym rytmem epatuje jeszcze zabawowy Svensk Sås.

Brak zahamowań w łączeniu tych części – z ejtisową balladą Johnny And Mary z repertuaru Roberta Palmera na czele – nie ciągnie jednak za sobą ryzyka pastiszu wizerunku tamtych dekad. Producencki kunszt w połączeniu z osobliwym kiczem ówczesnego stylu daje efekt nieskrępowanej zabawy, pewnego absurdu zawartej tu konwencji. Terje przewodzi sentymentalnej wyprawie pełnej filmowo-popkulturowych nawiązań, gdzie odgrywa na nowo hymny pokolenia wychowanego na odcinkach Dynastii, ekscytującego się nowymi tapirami na głowach sław, epatującego szarmanckimi wąsami – takimi jak te z okładki.

Ten krążek od początku do końca jest swoistym hołdem, ale traktowanie go tylko przez pryzmat uwielbienia pewnego okresu w muzyce jest błędne. Tak jak niezbyt trafne mogły okazać się stwierdzenia o nowej erze muzycznych doznań, jaką przyniosła płyta Settle czy debiutancki krążek Totally Enormous Excinct Dinosaurs. Te stały się wypowiedziami sezonowymi i wydaje się, że przypływ kolejnych stylistycznych doznań spod znaku londyńskiego duetu zaniknie jeszcze szybciej niż można by przypuszczać, podczas gdy do debiutu Terje będzie się wracać z rozrzewnieniem. Głównie dlatego, że oprócz bycia przyjemną chwilą oddechu od codzienności, jest albumem skrojonym tak idealnie, że nie odczuwa się upływu jego godzinnego trwania.

Nie ma więcej wpisów