Być może to ja nieco się zmieniłem, a przez ostatnie pięć lat fascynacja jakimikolwiek informacjami dotyczącymi Lily znacząco się obniżyła. Z drugiej strony, słuchając Alright, Still i It’s Not Me, It’s You mam wrażenie, że tamta Allen w ogóle się nie zestarzała i dalej bawi swoimi spostrzeżeniami. Sheezus przynosi ich kolejną porcję, jednak wiele z prób trafienia w sedno niejednokrotnie okazuje się być uderzeniami chybionymi lub zwyczajnie nieznaczącymi.

Obrona postawy Allen wydaje się jednak być równie wyraźna, jak to, co można jej w warstwie tekstowej zarzucić. Tak jak ona może mówić, że robi to tylko dla pieniędzy, tak my możemy stwierdzić, że jesteśmy tu tylko dla rozrywki, bez rozpatrywania politycznych deklaracji. Przyjmując sposób oceny opierający się jedynie na wysokim poziomie kompozycyjnym, zapominanie o pewnych lirycznych potknięciach staje się akceptowalne. Ten przypadek dotknął zresztą zeszłorocznej płyty Westa, bo Yeezus – choć w swej produkcji i samej koncepcji dźwiękowej jaśnieje – odrzuca wieloma swoimi sformułowaniami, nawet jeśli przyjąć je jako element pewnej gry.

Jednak podobnie jak w przypadku Westa, gdzie jego postać trudno oddzielić od samych dokonań, tak zarzucanie wannabe queen now egocentryzmu zdaje się mijać z celem. W ciągu swojej kariery Allen nigdy nie stroniła od uniesień w stylu pół żartem, pół serio, jeśli przypomnieć chociażby wystąpienia w LDN i Knock Em Out. Tytuł płyty, jak i sam utwór Sheezus jest oczywistym przebłyskiem geniuszu, jednak traktowanie całej zawartości krążka przez pryzmat bojowniczych refrenów singli czy odnajdywania wszędzie przejawów nadgorliwości, feministycznych wystąpień (tematu, który rok temu dotknęła większym stopniu Kate Nash) i zbytniego zaaferowania wokół własnej osoby także nie jest do końca trafne.

Przeniesienie uwagi na nową sferę internetowych i showbiznesowych rozgrywek zdaje egzamin. Kąśliwe uwagi prześmiewczych URL Badman czy Hard Out Here celują w reguły koegzystencji wytwórni, twórców i odbiorców muzyki. Krótkimi stwierdzeniami w stylu I don’t troll, I make statements czy oznajmianiem You should probably lose some weight ’cause we can’t see your bones Lily Allen robi więcej pożytku, niż wbijając na klawiaturze kolejne statusy na Twitterze. Niedoświadczany od dawna walor dobrze nakreślonych obserwacji i użytecznego sarkazmu, wraz z atutem kompozycyjnym, jest wciąż potężny.

Tyle że oddzielając zawartość słowną od tej muzycznej, trudno nie odczuć zmieszania, które serwuje gatunkowy kocioł. Po nieco leniwym i jednorodnym wcieleniu, Sheezus to zdecydowanie bardziej eklektyczne wydawnictwo, którego najbardziej wyraziste momenty objawiają się we fragmentach powolniejszych, nakreślonych odcieniami R’n’B i soulu. Sama kwestia eksperymentów z muzyką taneczną wypada dość blado, podkreślając chaos przekazu formy i treści.

Owszem, wymuszone przez wytwórnię Air Balloon, które w swej zaraźliwości bliskie jest weekendowemu hymnowi Friday, staje się guilty pleasure tego wydawnictwa, jednak trudno to samo powiedzieć o kilku innych przypadkach. Dubstepowe stawki (niebezpiecznie zbliżające Allen do wybryków Avril Lavigne i Taylor Swift) są zupełnie niepotrzebne, kilkukrotne wokalne podrasowania nie sprawiają wrażenia niezbędnych. To wciąż jednak kwestia szukania, metody prób i błędów, którą można jej wybaczyć.

Podobnie zresztą jak wyznania, w których śpiewa o mężu i wymarzonym powrocie do świata pozascenicznej codzienności, które w związku z resztą oświadczeń mogą wydawać się niezbyt spójne. To jednak raczej nie pierwsze i nie ostatnie wystąpienia muzyków w podobnej cierpiętniczej roli. Problem jednak nie kryje się w niespójności przekazu czy powtórkach z rozrywki. Słuchając Life For Me, L8 CMMR czy Silver Spoon i nie będąc zaciekawionym przez żadną z części wokalno-muzycznej układanki, możemy dojść do pytania: czy w takim wypadku Lily Allen jeszcze nas obchodzi? W końcu wybaczenie nie zawsze jest równoznaczne z samym zainteresowaniem.

Opinie na temat Sheezus, które w wielu przypadkach sprowadzają Allen do bycia Kim aniżeli Kanye, mogą być bolesne. Jednak będąc zupełnie szczerym, nawet przy całym uwielbieniu jaki można do niej żywić, ten album pod każdym względem ma tyle samo dobrych, jak i złych momentów. Ale nawet jeśli tym razem Allen potyka się trochę bardziej niż do tej pory i nie ujmuje w całości swojego wystąpienia, nie oznacza to, że kolejne przesłuchanie Our Time, Close Your Eyes czy Insincerely Yours nie będzie hipnotyzujące.

Nie ma więcej wpisów