Dojrzała jazzowa estetyka, pozbawiona psychodelicznych i post-rockowych wariacji Jazzpospolitej, elektronicznego pierwiastka zespołu, jak i jego charakterystyki. Zdanie to mogłoby posłużyć jako pewna zachęta i podsumowanie tego, co przestawia Doktor Filozofii. Tyle, że wraz z doznaniem empirycznym, sprawa solowego albumu Przerwy-Tetmajera staje się o wiele bardziej zawiła. Jednostkowe ujęcie Doktora nie jest trudne, bo sam artysta nadaje mu wymiar dzieła dojrzałego, wyważonego w treści – kierującego swoje dźwięki w stronę bardziej wymagających słuchaczy. Tych, którzy niekoniecznie są zaznajomieni z jego poczynaniami zespołowymi.

Swoje robi też zestaw zaproszonych muzyków, którzy swym kunsztem wypełniają album, nie przysłaniając przy okazji samego twórcy kompozycji. W tym wypadku ustalenie odpowiednich proporcji wydaje się dość trudne, bo niejednokrotnie to samej gitary jest tu mało, a na pierwszy plan wysuwają się narzędzia nie leżące w dłoni Tetmajera. Przodują fortepianowe popisy w wykonaniu Smoczyńskiego, jednak Jaros i Zemler ze swoją perkusją i kontrabasem nie są poszkodowani, zważywszy na to, że odgrywanie głównych ról staje się tu kalejdoskopowe.

O ile jednak zdolności współpracy kwartetu są tu wartością dodatnią, tak więcej problemu dostarcza sama forma. Przyzwyczajenie do pewnej swobody wielu artystów skupiających się wokół estetyki jazzowej i przetwarzających ją na modłę elektroniki, może sprawić, że Doktor Filozofii stanie się albumem nieprzyswajalnym – wyjątkowo przestarzałym, męczącym, zachowawczym. Przyznanie racji temu ostatniemu określeniu jest jednak najtrafniejsze, bo sięgająca tradycji gatunku dramaturgia aż prosi się o jakąś przestrzeń, spuszczenie z tonu.

To jednak niezbyt wielki przytyk, bo czerpiąc w najlepszych wzorców, tylko czasami zdarza się kompozytorowi ugrząźć. Ochłap tlenu nie wytrzymuje napięcia, które próbuje wprowadzić, a zamiast emocjonalnego podrygu dostarcza jedynie zmieszanie z powodu zawiłości rozwiązań. Z drugiej strony mamy też osiem minut Damy Białej – utworu pełnego posmaku blusowej tawerny, który swoimi zmianami tempa i nastrojem gwarantuje pewną dozy zmysłowości. Wyciszenie przynosi ujmujące ciepło Astronautki oraz klawisze kawiarnianej Lewaroryzacji, gitarowego przebłysku dodaje Pokój Przejściowy.

To, co jednak powinno być największą wartością jazzowego wyróżnika tego albumu, kryje się w barwności aranżacji, które zamiast rozwlekać się i subtelnie snuć, powinny być zwarte, czarować swoim tempem, efemerycznymi znacznikami instrumentalnymi. W tej materii najlepiej wypadają Kioski zabytkowe, stając się jednym z najbardziej wyrazistych fragmentów tego debiutu. I choć podobnych elementów jest tu zdecydowania za mało, zbyt pedantycznie ułożone i dobrze znane dźwięki nie są na tyle mało atrakcyjne, aby albumu nie docenić.

Nie ma więcej wpisów