Długo odkładała się we mnie chęć zabrania się za tę pozycję, nawet jeśli pomyśleć, że wsłuchanie się w całość zajmie tylko dwadzieścia minut. Po części pewnie dlatego, że czasami trudno jest ocenić pracę kogoś, kogo zna się właściwie z epizodycznych wyskoków. I choć przyznanie się do nie kontemplowania nad dokonaniami Ścianki oraz Kristen staje się dla niektórych wyznaniem dość przykrym i pewną hańbą, tak w tym przypadku kwestia oceny solowego dzieła Bieli nie wymaga większych odwołań do przeszłości.

Jednak tym zapomnianym przez wielu kapelom, ta EP-ka (czy też longplay) pamięci nie przywróci. Tak jak pewnie sam Biela, mimo dużego dorobku, nie stanie się songwriterem numer jeden w naszym kraju. Podsumowanie samej kariery wydaje się jednak wyjątkowo ciekawe, a spójność niespiesznego, eterycznego materiału staje się dobrym początkiem – zarówno dla nowych słuchaczy, jak i samego artysty.

Już pierwsze słowa o samochodowej podróży przywołują chęć samotnej przejażdżki pod rozgwieżdżonym niebem. Dopełnieniem aury wprowadzenia One summer night jest – nomen omen – leniwie płynące Flood water.  Ale oprócz zestawienia gitary i głosu, część utworów poszerzają dodatkowe elementy instrumentarium oraz żeńskie głosy załogi Enchanted Hunters, które również – tak, jak chociażby utworze Tree – stają się nie tyle ciekawym ubogaceniem, co istotnym wyznacznikiem melodyjności. Trudno jednak rozciągliwość i niemalże sylabizacyjne wykonanie Tree czy miałkie Oh Little Darling uznać za próby wyjątkowo udane. Inaczej jest z Treasure Chest, gdzie słychać wreszcie pewny siebie wokal i brak zbędnych wariacji, a w sam klimat wkrada się dawka przygodowego feelu.

Odzywa się jednak we mnie malkontenctwo, bo choć samemu zestawowi trudno zarzucić wtórność i nudę, tak w dobie wielu różnych możliwości, wybór minimalizmu jest czymś nieoczywistym. A jednak traktując swoje dokonania w ten sposób, trudno nie powiedzieć: czegoś tu brak. I choć o samej płycie będzie można za chwilę zapomnieć, to naprawdę trudno nazwać ją mało wartościową. Nawet, jeśli to zbiór ciekawy – choć nie ujmujący, odprężający – lecz nie emocjonujący, prosty – a jednak niezwyczajny.

Tyle, że prawie półgodzinne wystąpienie Michała Bieli nie będzie w stanie porwać zbyt wielu. Przyczyną nie będzie sama jakość, a fakt niedostosowania do standardów wytyczonych przez obecny świat. I to zapewne dobry objaw jego solowych poczynań. Ale swoimi utworami Michał Biela mógłby zagłuszyć otaczający zewsząd hałas, pęd i brutalność świata, gdyby tylko odważył się bardziej. Jego głos zapewne nie będzie tak słyszalny, jak mógłby być, gdyby tylko wtłoczyć tu radiowe melodie rodem z debiutu Eda Sheerana, nieco więcej emocjonalnych aranżacji pokroju muzyki Peter The Pan, folkowego, gitarowego wywaru The Tallest Man On Earth. Ale pewnie wtedy też nie byłby to Michał Biela, którego należy przyjmować takiego, jakim zechciał się nam pokazać.

Nie ma więcej wpisów