The National niczym wino – im starsi, tym lepsi. Udowodnili to podczas ostatniego koncertu w amfiteatrze w warszawskim Parku Sowińskiego. Koncertu, który warto podkreślić, na długo utkwi w pamięci wszystkich fanów amerykańskiej grupy. Osobiście już po raz czwarty miałem niepodważalną przyjemność zmierzyć się na żywo z muzyką Panów z Ohio. Może trochę późno, ale dopiero w ubiegłym roku płytą Trouble Will Find Me i koncertem na Open’erze wskoczyli do mojej absolutnej czołówki najbardziej cenionych zespołów. Warszawski występ utwierdził mnie w ostatnich zachwytach i dodatkowo uzmysłowił jak bardzo nie doceniałem wciąż The National.

Zaczęli od kawałków z nowej płyty, ale już po dwóch utworach przypomnieli o wcześniejszych nagraniach. Do wykonania Sorrow zaproszona została Annie Clark, czyli St. Vincent, która kilka minut wcześniej wystąpiła jako support. Świetna wokalistka zagrała dobry występ w myśl idei, iż muzyka powinna bronić się sama. Do tego bardzo oszczędny układ choreograficzny wpisujący się w kontekst nowej płyty i takich utworów jak chociażby Birth in Reverse czy Digital Witness. Jednak na nieszczęście dla uroczej Annie, The National zagrali na tyle wspaniale, że całość jej występu ginie pośród tego, co zaprezentowali nam Matt Berninger i jego koledzy.

Na co należy zwrócić uwagę to wspaniała setlista. Oprócz absolutnych hitów i pewniaków znalazły się utwory, których pojawienie się było dla mnie ogromnym i bardzo miłym zaskoczeniem. Mam tutaj na myśli Exile Vilify, Lit Up czy About Today. Całość idealnie spięta, idealnie podana, bezbłędnie, absolutnie perfekcyjnie od pierwszych sekund, aż po samo akustyczne Vanderlyle Crybaby Geeks. Zaśpiewane zostało dosłownie przez cały amfiteatr tak głośno i z tak wielkim zaangażowaniem, iż sam zespół na swojej stronie stwierdził, że warszawska publiczność była najgłośniejszą na całej trasie.

The National zagrali prawdopodobnie swój najlepszy koncert w Polsce, niezwykle prawdziwy, szczery, pełen emocji, pasji. Pierwsze słowa, które potrafiłem wydusić z siebie to perfekcja i czyste piękno. Perfekcja, bo jeśli przymkniemy oko lub raczej ucho na lekkie techniczne zgrzyty, zespół zagrał wszystko bardzo przekonująco i idealnie, niczym idealny zwykł być mechanizm w szwajcarskim zegarku. Czyste piękno, bowiem w połączeniu z wizualizacjami całość dawała poczucie wyjątkowości i mimo obecności innych osób można było zatopić się w dźwiękach i własnych uczuciach.

Ich twórczość ma to do siebie, że bardzo łatwo podczepić do niej swoje osobiste przeżycia, smutki, rozczarowania, załamania, które gdzieś tam kłębią się w podświadomości tłumione cały czas przez chłodne wyrachowanie i zaciśnięte zęby i które ulatują w takich momentach, kiedy bez skrępowania można wszystko wykrzyczeć. Do tego Matt, który tradycyjnie dla siebie w nad wyraz neurotyczny sposób afirmuje swoje emocje popijając przy tym kolejną butelkę wina. Wielkie brawa dla publiki, która z szacunkiem owacją na stojąco podziękowała za wspaniały występ.

ZOBACZ GALERIĘ ZDJĘĆ Z TEGO WYDARZENIA >>>

Nie ma więcej wpisów