Wydaje się to wręcz niesamowite, ale Damon Albarn, lider Blur i Gorillaz, w niedzielny wieczoru sprawił, że chłód i deszcz dla nikogo nie miały większego znaczenia.

Przed Albarnem i jego zespołem The Heavy Seas publiczność rozgrzał duet Rebeka. Tego, że muzycy są z Poznania chyba nie trzeba już nikomu przypominać. Znów to, że wystarczy im kilka sekund żeby nóżki i rączki wszystkich pod sceną zaczęły poruszać się i rytmicznie tupać, nie powinno być dla nikogo zaskoczeniem. Iwona i Bartek wciąż są w świetnej koncertowej formie, a Hellada w wersji live niemal na każdym koncercie odkrywa przed miłośnikami twórczości Rebeki nieodgadnione wcześniej smaczki i niuanse.

O tym jak dobrze w Poznaniu czuł się gwiazdor tego wieczoru, Damon, świadczy na pewno długość setlisty oraz dobry humor, który nie opuszczał go do ostatniego utworu. Muzyk zaczął koncert tradycyjnie – na pierwszy rzut poszły Lonely Press Play oraz tytułowe Everyday Robots z solowej płyty, dalej nie było ograniczeń w repertuarze – zabrzmiały utwory Gorillaz, Blur oraz The Good, the Bad & the Queen.

Przez cały czas trwania koncertu panowała niesamowita, przepełniona radością atmosfera – publiczność śpiewała wraz z Damonem wszystkie utwory jakie pojawiły się w setliście, a na kawału Photographs pojawiło się morze czarno – białych fotografii przyniesionych specjalnie dla Damona. On sam nie pozostał im dłużny i kilkukrotnie schodził do pierwszych rzędów przybić im piątkę i nie raz zapewniał wszystkich ze sceny, że jesteśmy świetną publicznością.

Nie tylko Albarn zasługuje tutaj na uwagę. Zespół, który gra z nim koncerty – The Heavy Seas – prezentował się fenomenalnie. To grupa świetnych muzyków, których naturalnym środowiskiem jest scena co widać na pierwszy rzut oka. Niemałe wrażenie robił też sześcioosobowy chór gospel, wkraczający na scenę kilka razy podczas całego koncertu, powalający jednocześnie cudownym brzmieniem wokali.

To co było niemałym skarbem tego koncertu to cudowne wykonanie Out of Time, które wraz z kolejnym kawałkiem z repertuaru Blur – All Your Life – zamykało zasadniczą część koncertu. W ogóle odnoszę wrażenie, że z każdą minutą koncertu pomiędzy sceną a publicznością pojawiało się coraz więcej magii. Takiej trudnej do określenia nici porozumienia, ale z każdym kolejnym utworem, lekki chłodek, siąpiący z nieba deszcz czy upierdliwe komary jakby znikały i przestało się je zupełnie zauważać. Liczyła się tylko muzyka i emocje, a tych było podczas tej półtorej godziny co niemiara.

Bis podgrzał atmosferę jeszcze bardziej – Clint Eastwood z repertuaru Gorillaz, Mr. Tembo, Don’t Get Lost In Heaven (ponownie Gorillaz) i kończące koncert Heavy Seas of Love wybrzmiały z niesamowitą siłą. I nie chodzi tu o jakieś absolutne szaleństwo, nie. Cały koncert należał raczej do tych spokojnych, ale klimatycznych. Tych, które słuchacza wprowadzają w niezwykły trans przeprowadzając go przez świat pełen dźwięków i emocji.

Fani Blur, Gorillaz i samego Albarna z pewnością wyszli z terenu poznańskiej Starej Gazowni usatysfakcjonowani. Według mnie był to lepszy występ niż zeszłoroczny koncert Blur na Openerze, ale wiem, że zdania w tej kwestii są podzielone. Ja jednak wciąż nucę cicho pod nosem finałowe Heavy Seas of Love i od ponad 24 godzin nie mogę się od tego kawałka uwolnić. Prawdę mówiąc, nawet nie chcę się uwolnić. Po niedzielnym wieczorze mam już tylko jedno życzenie – Damon, wracaj szybko.

Nie ma więcej wpisów