Robert Plant pomimo 66 lat na karku, ogromnego doświadczenia i cennego wkładu w muzykę Brytyjską nie ma na wyspach statusu mega gwiazdy, a jego wydawnictwa nie ekscytują prasy muzycznej tak jak każdy ruch młodszego o dwie dekady Albarna. Jednak w przeciwieństwie do lidera Blur, były członek legendarnego Led Zeppelin specjalnie o rozgłos nie zabiega. Zamiast angażować się w tysiąc różnych projektów, w spokojnym tempie nagrywa kolejne krążki, a od czasu do czasu ktoś go doceni i nagrodzi np. statuetką Grammy.

Cechą wspólną obu muzyków jest fascynacja muzyką afrykańską, chociaż u każdego z nich inaczej się to przejawia. Podczas gdy ten młodszy miesza rytmy czarnego lądu z elektroniką, ten starszy tworzy nieoczywiste, wielowarstwowe kompozycje, którym daleko do przebojowości „Mr. Tembo”. Duch Afryki na „lullaby and… The Ceaseless Roar” jest wyraźnie obecny za sprawą tamtejszych instrumentów – i tak na przykład w „Little Maggie” pobrzmiewa kologo, czyli taki odpowiednik dobrze znanego banjo.

Po latach spędzonych w Nashville artysta powrócił do ojczyzny, co może być powodem mniejszej obecności tzw. americany na jego dziesiątym już krążku, bowiem rdzennie amerykański blues oraz country ustąpiły miejsca większemu zróżnicowaniu stylistycznemu. Na albumie można znaleźć zarówno filmowy rozmach w melancholijnym „Embrace Another Fall” jak i oszczędnie zaaranżowaną, wypełnioną przede wszystkim dźwiękiem pianina balladę „A Stolen Kiss”. Echa poprzednich fascynacji dostrzegalne są jeszcze w „Somebody There” i radosnym country pobrzmiewającym w „Howard Poor Boy”, aczkolwiek te nieliczne fragmenty wcale nie należą do najlepszych na tym krążku.

Na wyżyny swoich umiejętności, zarówno jako kompozytor jak i wokalista, Plant wspina się w „Rainbow” – singlu promującym wydawnictwo. Człowiek, który kiedyś słynął z wydawania z siebie orgazmicznych wrzasków na scenie, po latach odkrył czym jest siła spokoju, w związku z czym obecnie lubuje się w pełnym gracji, miękkim wyśpiewywaniu słów czego najlepszym dowodem jest właśnie ten utwór.

O ile pierwszy singiel jest przewrotną apoteozą miłości, o tyle „A Stolen Kiss” jest swoistą skargą na uczucie, które tak trudno odnaleźć i zatrzymać (it’s cool, elusive and so hard to find), a także deklaracją samotniczego trybu życia, co można odnaleźć również w „House of Love” (I am no stranger to the solitary song). Z kolei w „Pocketful of Golden” słynny rockman wciela się w rolę podróżnika barwnie opowiadającego o swoich przygodach (and I was cast out on the ocean, adrift to find the seven seas), a w „Turn It On” rozprawia się z Ameryką, oskarżając ją o potęgowanie jego uczucia zagubienia (I’m lost inside America and I’m turing inside out).

Pomimo że krążek firmowany jest tylko nazwiskiem jednego człowieka należy wspomnieć o tych, którzy pomagają utrzymać ład i skład wśród stylistycznej mieszanki, a nazywają się The Sensational Space Shifters. Jest to kolektyw muzyków pochodzących z różnych środowisk, a z Robertem Plantem pracują nie od dzisiaj. Ich zgranie i dopasowanie do siebie czyni krążek – na którym obok siebie występują rdzenne country, angielski folk, world music, a także hard rockowa scheda po Led Zeppelin – spójnym i trzymają go z dala od kiczowatego miszmaszu. Sam Plant natomiast jawi się tu jako wrażliwy, spełniony artysta cierpiący z powodu złamanego serca, jakże daleki od wizerunku boga seksu, który kiedyś z lubością kultywował.

Nie ma więcej wpisów