Termin future pop, którym Purity Ring określają swoją twórczość pasuje jak ulał, bo ich album z 2012 roku wciąż robi wrażenie i wciąż brzmi nowatorsko. Połączenie estetyki muzyki pop z najeżonymi różnymi efektami podkładami, po mistrzowsku wypolerowane brzmienia i słodki wokal wyśpiewujący niesamowite teksty to największe zalety debiutanckiego albumu kanadyjskiego duetu. „Shrines” to 40-minutowa dream popowa podróż przez dziwne zakamarki ludzkiego umysłu, z obsesją na punkcie ciała. Jednak brzmieniowo krążek jest bardzo spójny przez co niektóre kawałki są do siebie bardzo zbliżone i sądzę, że od tego właśnie zespól chciał uciec w nowych nagraniach.

Tytuł „Another Eternity” prezentuje się nie mniej intrygująco niż tytuł debiutu. Takie są również teksty, które mimo że bardziej spersonalizowane, ponownie wracają do tematu ciała, osiągając apogeum przewrotności w „Repetition”(climb up in my rattling spine and I’ll contract). Więcej urozmaicenia pojawia się w brzmieniu – Megan James i Colin Roddick wypróbowują nowe opcje będące rezultatem różnych inspiracji, jak i faktu, że nagranie kopii „Shrines” już by nie przeszło. Piosenki stają się więc potężniejsze, bardziej rozbudowane, basy głębsze a beaty mocniejsze, pojawiają się wyraźniejsze nawiązania do r’n’b („Stranger than Earth”) i tanecznej klubowej muzyki („Begin Again”).

W jednym z wywiadów Roddick tłumaczył, że od poprzedniego krążka jego umiejętności producenckie miały szansę się rozwinąć stąd też różnica w brzmieniu. James z kolei wyjaśnia, że tym razem skupiła się na tym aby piosenki miały prawdziwą strukturę, a nie – jak było to w przypadku „Shrines” – były po prostu klimatyczne. Owszem, każdy kawałek jest tu bardzo dopracowany, ale obawiam się, że przy takim podejściu do sprawy ucierpiała trochę ta niesamowita atmosfera, z której Purity Ring wcześniej słynęli. Starając się zrobić coś innego i skupiając się na detalach produkcyjnych zagubili duszę tych piosenek, przez co nie zachwycają one już tak jak chociażby „Fineshrine” czy „Obedear”. Najciekawszymi z całego albumu są te fragmenty, które przypominają stare Purity Ring – czyli radosne „Heartsigh”i „Bodyache”. Oba wypełnione dźwiękiem dzwoniących klawiszy, bez nachalnego jazgotu syntezatorów i bez potężnych beatów.

Jedna rzecz która się nie zmieniła to fakt, że Megan James wciąż pisze doskonałe teksty, zawiłe, nigdy zbyt dosłowne i pełne intrygujących metafor. Jej dziwaczne historie wciągają i przerażają, trochę jak u Edgara Allana Poe, mistrza mrocznych historii opowiedzianych pięknym językiem. Niektórzy krytykują wokalistkę za brak osobistego pierwiastka w słowach, które wyśpiewuje, ale kto powiedział, że one nie odnoszą się do jej życia? Przecież tak do końca nie wiemy, co kryje się za tymi karkołomnymi zestawieniami słów. I na tym właśnie polega ich urok.

Nie ma więcej wpisów